>> niedziela, 27 grudnia 2009 16:59:45
pozmieniało się tu troszkę..
może czas by było wrócić?
powtarzam to za każdym razem, więc i teraz: za niedługo wrócę..
wrócę..
komentarze [0]

The Whore (the everlasting story) >> sobota, 23 maja 2009 15:23:48
Niekończąca się opowieść..



Rano wstała jako pierwsza. Wzięła prysznic i powtarzając w swojej głowie słowa piosenki, wczorajszego wieczora zasłyszanej w knajpie, przeszła do kuchni. Wsypała płatki śniadaniowe do niewielkiej, szarej miseczki i zalała je zimnym mlekiem. Usiadła na krzesełku i mieszała łyżką w miseczce, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków dochodzących z salonu. W końcu usłyszała kroki. Czekała aż pojawi się w kuchni, tak jak zawsze, tym ukochanym przez nią uśmiechem obdarzy ją i zapyta czy dobrze spała.
Nie myliła się. Po chwili Rowdy był już w kuchni i uśmiechając się lekko, zapytał, jak się jej spało.
-Tak sobie... – odpowiedziała. – A jak ty spałeś?
-Hmm... klimat Seattle chyba źle na mnie wpływa. – mruknął, siadając naprzeciw niej. Podparł się na łokciach i spoglądał na Blaze.
-Wiesz co... – zaczęła, nadal zataczając łyżką kółka w swojej śniadaniowej papce. – szczerze powiedziawszy, ja też nie mogę się przyzwyczaić do tego miasta... – mruknęła już troszkę ciszej, jakby bała się głośno wypowiadać te słowa. Przecież chodziło o coś innego. Bała się, że zrozumie tą tłamszącą ją tęsknotę za tym co było... – A będąc wciąż szczerą. – dodała. – Chciałabym pójść na tą imprezę.
Rowdy uśmiechnął się. Miał ochotę powiedzieć jej o tym, że i tak wiedział, że się zgodzi. Wyczuła to, dlatego zaczęła jeszcze bardziej energicznie mieszać mleko.
-Nie jestem głodna... mruknęła, kiedy cisza zaczęła doprowadzać ja do szału i szybko wstała z krzesła, wrzucając miseczkę do zlewu. Trzasnęły za nią drzwi jej sypialni, ale dziwne zdenerwowanie i wiele myśli nie zamierzało zostać przed pokojem, ukradkiem wszystko wkradło się za Blaze do środka, zaczynając swoje dręczenie od nowa.
Otworzyła starą, zniszczoną szafę i przejrzała swoją garderobę. Nie wiedziała co założy. W pewnym sensie miało to być ważne wydarzenie. Może troszkę tak, jak jakiś czas temu, kiedy też Go traciła?
Westchnęła głośno, wyrzucając na łóżko kilka bluzek oraz sukienek. Nagle spomiędzy sterty rzeczy, na dnie dębowej szafy, pojawił się znajomy materiał. Granatowy w duże, białe groszki. Szybko wyciągnęła go, trzymając go przed sobą i uważnie przyglądając się mu. Ten materiał, to była sukienka. Jedna z jej ulubionych. Teraz pogięta, wyglądała strasznie, ale poczuła, że to właśnie będzie to. I to nie tylko dlatego, że to była jej ulubiona sukienka...


Prawie przez cały dzień czytała książkę. Czuła, że jakoś dziwnie denerwuje się przed wieczorem. W końcu to miała być tylko zwykła impreza pożegnalna. Ale uczucie zdenerwowania nie chciało jej opuścić, chociaż na chwilę. Na domiar złego stało się jeszcze bardziej nie do zniesienia, kiedy w końcu ubrała na siebie granatową sukienkę. Przeczesała ręką blond włosy i nie mogła powstrzymać drżenia rąk..
Kiedy kończyła malować rzęsy, usłyszała bardzo ciche pukanie do drzwi. Siedziała na łóżku, odwrócona tyłem do wejścia, ale i tak wyraźnie widziała w małym lusterku, jak Rowdy wchodzi do pokoju.
-Gotowa? – zapytał. Spojrzała tym razem na niego i lekko kiwnęła głową. Wstała z łóżka i złapała za torebkę.
-Tak. A ty? – podeszła powoli do niego. Widziała jego zdziwienie na twarzy, po którym nagle pojawił się niewielki, troszkę niewyraźny uśmiech. Zauważył tą sukienkę.
-Tak. – odpowiedział, wypuszczając ją z pokoju.
Zarzuciła na siebie płaszcz i założyła buty.

Wyniesiono wszystkie stoły oraz krzesła, więc sala była bardzo duża, zrobiono miejsce dla dj’a i wydzielono parkiet do tańczenia. Światła reflektorów mieniły się różnymi kolorami, odbijając się od ścian oraz podłogi, a tym samym uwydatniając zaniedbanie knajpki.
Blaze wraz z Rowdy’m stali w jednym z kątów. Ona była myślami gdzieś daleko, a on był jakby czymś zdenerwowany. Bawiła się kieliszkiem wypełnionym do połowy winem, którego tak nie lubiła, a on chował coraz mocniej dłonie do kieszeni ciemnych spodni. Nie rozmawiali już od dłuższej chwili, bo tematy tak po prostu urwały się, jednak nie potrafili odejść w dwie różne strony, tylko tkwili tak oboje, przy jeden ze ścian.
Hektor zauważył ich, kiedy światła reflektorów rzuciły kolorowe plamy w tamtą stronę. Powoli podszedł do nich i uśmiechnął się lekko najpierw do Blaze, po czym odezwał się, łamanym angielskim.
-Rowdy, jednak przyjechałeś. – teraz uśmiechnął się do niego. Chłopak wzruszył ramionami, rozejrzał się po sali pełnej gości.
I wtedy napotkał na zdziwiony wzrok Blaze. Patrzyła na niego dużymi, szarymi oczami.
-A co u Ciebie słychać, Hektor? – zapytał, odwracając od niej swoje spojrzenie.
-W porządku. – odpowiedział po chwili namysłu. Rowdy nerwowo uśmiechnął się. Wiedział, że milczenie Blaze nie zwiastuje nic dobrego.
Nieprzyjemna cisza dosadnie dała do zrozumienia Hektorowi, że to nie najlepszy moment na ucinanie zwykłych pogawędek. Życzył obydwojgu dobrej zabawy, po czym udał się w stronę barku, za którym siedziała, jak zawsze znudzona, Darla.
Rowdy poczekał aż Hektor znalazł się w takiej odległości, żeby ich nie słyszał i już otworzył usta, żeby cokolwiek powiedzieć, kiedy Blaze napięcie odwróciła się i wyszła z sali. Z niedowierzaniem, zaprzeczając głową, wzięła paczkę papierosów skrzętnie ukrytą pod metalowymi szafkami na zapleczu i wyszła, trzaskając tylnymi drzwiami. Zimny wiatr huczał nad niewielką, ślepą uliczką, a ona odpaliła papierosa i zaciągnęła się nim mocno. Przymknęła oczy. To zadziwiające, ale od kiedy tylko przyjechała do Seattle chciała, żeby tak właśnie było, żeby szukał jej, żeby jechał do niej nawet na drugi koniec kraju. Miała to, o czym tak skrycie marzyła, ale nie czuła jakiejś wielkiej uciechy. Była trochę zawiedziona, może trochę oszukana.
Kilka razy tupnęła obcasem o chodnik, wiedząc, że wychodzenie bez płaszcza na takie zimno było złym pomysłem. Na jej twarzy pojawił się złamany uśmiech. Najwyżej mogła się złapać zapalenie płuc. Po raz kolejny zaciągnęła się papierosem, myśląc o tym.
Nie usłyszała dźwięku otwieranych, ani zamykanych, drzwi. Dopiero, kiedy poczuła, jak ciepły materiał osuwa się po jej odkrytych ramionach, wiedziała, że stoi za nią Rowdy.
-Myślałem, że to małoważny szczegół... – mruknął, cofając się kilka kroków w tył. Blaze powoli odwróciła się w jego stronę, jedną ręką narzucając na swoje zmarznięte ciało płaszcz Rowdy’ego.
-Bo to małoważny szczegół, ale mogłeś chociaż o nim wspomnieć... – zaciągnęła się papierosem. – Tak, żebym domyśliła się, że wszystko było zaplanowane...
Rowdy schował ręce do kieszeni i patrząc gdzieś w ziemię zaśmiał się, mówiąc.
-Szczerze powiedziawszy nie wszystko było zaplanowane, ale to naprawdę małoważny szczegół. – zauważył, jak na twarzy Blaze pojawia się zarys uśmiechu, szczerego uśmiechu. Nie widział go u niej odkąd tutaj przyjechał, a często łapał się na tym, że to właśnie była jedna z wielu rzeczy, za którymi tęsknił...
Dziewczyna ostatni raz zaciągnęła się papierosem, rzuciła go na ziemię i zdeptała butem. Rowdy obserwował wszystko dokładnie, każdy jej najmniejszy ruch.
-Dlaczego znowu palisz? – zapytał po dłuższym milczeniu. Wzruszyła ramionami, po czym szybko złapała za płaszcz, który zaczął zsuwać się z jej ciała.
-Jak mogłabym zrezygnować z kolejnej rzeczy, która jest dla mnie taka ważna? – odpowiedziała, unosząc lekko brwi do góry. Wymownie spojrzała na niego i poczuła, jak oczy trochę ją zapiekły. Nie miała zamiaru płakać przed nim, ale nie zamierzała ukrywać, że ją zranił.
-Blaze... – westchnął głośno, po raz kolejny tego wieczora wciskając zaciśnięte dłonie głęboko, do kieszeni ciemnych spodni. – Dobrze wiesz, że gdybym mógł cofnąłbym czas...
-Do którego momentu? – zapytała bez zastanowienia.
-Do tego, w którym nie stałem Ci się taki obojętny. – mruknął. Zimny wiatr obleciał ślepą uliczkę. Blaze owinęła się mocniej płaszczem Rowdy’ego i złapała za klamkę drzwi. – Zrozum... – dodał. Zatrzymała się.
-Ja już dawno wszystko zrozumiałam. – rzuciła, czując, jak wyrzuty zalewają jej gardło. Przymknęła oczy, nie puszczając klamki. Czuła, że ten srebrny, chłodny metal, jest jej podporą. – Wracam do domu... – dodała, w końcu zbierając wszystkie siły w sobie i z impetem naciskając klamkę. Od razu przywitał ją zaduch, głośna muzyka i obce jej uczucie dobrej zabawy. Zrzuciła z ramion ciepły i pachnący Nim płaszcz, zawiesiła go na wieszaku i wzięła swoje rzeczy. Wróciła na salę, gdzie od razu zauważyła Darlę. Tym razem nie była już taka znudzona, raczej rozbawiona. Ruszyła w jej stronę. Kiedy podeszła bliżej, dziewczyna właśnie odłożyła pusty kieliszek z winem.
-Nie będziesz jechać do domu samochodem, prawda? – zapytała. Darla zaprzeczyła głową. – Mogę go pożyczyć? Źle się czuję i chciałabym już jechać do domu... – dodała, widząc, jak dziewczyna wyciąga z torebki kluczyki. Powoli położyła je na wyciągniętej dłoni Blaze. – Dziękuję. – posłała jeszcze na odchodne wymuszony uśmiech Darli i udała się ku głównemu wyjściu.
Poczuła, jak ciepła dłoń ujmuje jej rękę i wyciąga z niej kluczyki do samochodu.
-Poprowadzę. – usłyszała wyraźnie, a jeszcze chwilę później, kiedy wsiadała do auta, w uchu to słowo odbijało się echem.
Rowdy zamknął drzwi od jej strony i obszedł samochód, oglądając lśniącą maskę. Usiadł za kierownicą i odpalił dopiero za którymś razem.
-Zupełnie jak mój kochany staruszek... – mruknął. Blaze kiwnęła lekko głową i zsunęła szybę do samego końca. Położyła głowę na ręce.
Jechali przy miłym warkocie dieslowskiego silnika. Jechali pustą drogą, a ona wisiała na drzwiach samochodu Darli. Spoglądała na Rowdy’ego, który z gracją prowadził samochód.
-To dziwne, ale jeżdżąc tym samochodem zawsze boję się o swoje życie. – mruknęła. – Ale kiedy ty prowadzisz tego grata, czuję się bezpieczna... – dodała.
Chłopak uśmiechnął się lekko i mocno skręcił, zjeżdżając na przeciwległy pas.
-Nadal czujesz się tak bezpiecznie? – zapytał, wyczyniając wariacje kierownicą.
-Uwierz mi, że tak. Nigdy nie jechałeś z Darlą. – zaśmiała się, podnosząc głowę. Rowdy wrócił na odpowiedni pas jezdni i zatrzymał samochód na światłach. Nie wiadomo po co tam stali. Wielkie skrzyżowanie było puste.
-Ty umiesz się śmiać... – mruknął spoglądając na Blaze. Podniosła głowę. – Zwątpiłem trochę w to... – dodał, znów ruszając. Nie odpowiedziała mu. Lepiej było, żeby nikt oprócz niej nie wiedział, że sama w to zwątpiła...
komentarze [0]

The Whore II >> piątek, 9 stycznia 2009 16:33:08
Sentyment. Kolejne części wcześniejszego opowiadania. Dawno, dawno temu i nieprawda?.


Telefon ciągle dzwonił, a ona siedziała w miejscu i nie potrafiła się ruszyć. Ręka chciała co innego, głowa co innego, a tym bardziej serce, które skakało w niej, jak szalone. Wszystko wracało, czuła, jak od wspomnień pęka jej głowa. Złapała nagle telefon, przyjrzała się dokładnie numerowi na wyświetlaczu i odrzuciła połączenie. Kiedy ekranik był już pusty, a komórka nie dzwoniła, pośpiesznie wyłączyła ją i rzuciła w kąt pokoju. Stwierdziła, że te kilka dni przetrzyma bez telefonu.
Wstała z fotela i nerwowo przechadzała się po pokoju, nie wiedząc co teraz ma zrobić. Minęło kilka lat od momentu, kiedy wyjechała z Nowego Orleanu i nie myślała tam wracać, bo ułożyła sobie życie już gdzie indziej. W Seattle. Przyzwyczaiła się do ciągłego deszczu lub śniegu oraz mgły, więc nie widziała powodu, żeby wracać, tym bardziej, kiedy chęć nie wychodziła od niej.
Zapaliła papierosa i założyła długą grzywkę za ucho. Patrzyła przez niewielkie okno na panoramę miasta. Znowu nad najwyższymi budynkami panoszyła się biała mgła, zasłaniając nawet słońce, z trudem pojawiające się tylko przebłyskami. Do widoku z tego okna także się przyzwyczaiła.
Zresztą nie mówiła, że tego nie lubi, po prostu przyjmowała wszystko z mniejszą radością niż kiedyś. Nigdy jednak nie wybrzydzała, chociaż to był bardzo duży skok. Mieszkała w bardzo małym mieszkaniu, na poddaszu, gdzie z trudem w dwóch maleńkich pokojach zmieściła łóżko, szafę, fotele oraz kuchenkę i lodówkę. Czasami uwierało jej to miejsce, jak żadne inne kiedykolwiek, ale nie mogła nic na to poradzić. Wiedziała, że rzucając biuro adwokackie w Nowym Orleanie będzie jej ciężko. Tylko, że w niej nadal tliła się nadzieja, która walczyła z całym światem, tak samo, jak słońce z mgłą Seattle...

Pracowała w niewielkiej knajpce, gdzie była kelnerką, a czasem także zmywała. Nie zarabiała wiele. Ledwo co starczało jej na życie. Na szczęście miała przyjaciela, Hektora, Greka. Był dość małomówny, pewnie to z powodu angielskiego, którego nie mógł opanować. Posiadał firmę w Seattle i często tam bywał. Blaze zawsze mogła się do niego zwrócić o pomoc. Od czasu do czasu odwiedzał jej małe mieszkanko, a wtedy ona próbowała nauczyć go ważnych angielskich słów, a także doradzała mu pod kątem prawnym w jego firmowych sprawach. Jednak za każdym razem, kiedy w końcu udało mu się z nią porozumieć ona odmawiała mu na jakiekolwiek propozycje pracy w jego firmie. Nie chciała tego, co kojarzyło się jej z Nowym Orleanem...
Dlatego kiedy telefon umilkł na całe popołudnie była szczęśliwa, że tor jej myśli skierował się w końcu w inną stronę. W ciszy mogła popatrzeć przez okno, nakarmić swoją rybkę, Colby, i zrobić tysiące rzeczy, na które nigdy nie miałaby czasu gdziekolwiek indziej.
Nie miała tutaj wielu znajomych, tak naprawdę oprócz Hektora i kilku osób z knajpki nie było tutaj nikogo z kim mogłaby chociażby porozmawiać, czy wyjść wieczorem do kina. Wiedziała, że nigdy nie będzie już znać takich ludzi i wiedziała bardzo dobrze, że nie nadaje się na utrzymywanie jakichkolwiek bliższych i cieplejszych kontaktów, bo ona potrafiła tylko ranić...


Blaze ubrała sprany i trochę pogięty fartuszek i przejrzała się w zabrudzonym lusterku. Niezdarnie uśmiechnęła się sama do siebie, po czym zabrała kartę dań i wyszła do kuchni, żeby zobaczyć co dzisiaj poleca szef. Zapamiętała kilka potraf oraz rad kucharza, po czym mocno popychając wahadłowe drzwi weszła na główną salę. Na ladzie oparta, w pół śpiąca kelnerka przyglądała się chwilę Blaze aż w końcu zawołała ją do siebie i szepnęła jej na ucho:
-Ktoś do Ciebie. – ruchem głowy wskazała najbardziej oddalony stolik w prawym rogu knajpki. – Czeka już dość dłuższy czas... – dodała, widząc zdziwienie na twarzy dziewczyny. Pokiwała szybko głową i poprawiając wygnieciony żółty fartuszek udała się w róg sali. Na początku pomyślała, że to Hektor, ale on zawsze siedział blisko baru i wszyscy bardzo dobrze go tu znali.
W połowie drogi do stolika zatrzymała się i czuła, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Siedział tam. Delikatnie bawił się małą chusteczką, formując ją w przedziwne do niczego nie podobne formy. Był skupiony na tym co robi. Zapomniała z jaką gracją tworzył, malując, czy to właśnie formując coś z niczego.
Łzy zebrały się pod jej powiekami i nawet nie poczuła, kiedy z rąk wypadła jej blaszana taca. Narobiła strasznego huku, co nie umknęło jego uwadze. Powoli podniósł wzrok. Ciemnoorzechowe oczy utkwił w jej osobie, a ona chciała ukryć się, zniknąć, uciec. Tylko, że nie potrafiła. Stała w miejscu, zaprzeczając wciąż głową, a kilka niesfornych łez spadło na jej policzek.
-Blaze... – zerwał się szybko z miejsca, czując, że może mu zaraz uciec. Nie pomylił się. Kiedy zbliżył się do niej, ona szybko odskoczyła, podniosła tacę z podłogi i napięcie odwróciła się do niego tyłem. Wciąż w myślach powtarzała sobie, że jest w pracy, a po za tym wszystko już skończone. Dlatego nie reagowała, kiedy jeszcze kilka razy zawołał ją po imieniu. – Blaze, chciałem z tobą porozmawiać! – dodał. Zatrzymała się na chwilę, po czym znów szybko ruszyła i znikła w kuchni. Oparła się o pobliską ścianę i przymknęła oczy. Próbowała oddychać powoli, wdech, wydech, wdech, wydech, ale to nic nie pomagało.
Poczuła, jak ktoś łapie ją za rękę i ciągnie za sobą. Posłusznie poszła...


-Więc opowiedz mi wszystko od początku. – dziewczyna zza lady podała jej chusteczkę i z ciekawością w oczach czekała na opowieść.
-Ale klienci...
-...Nie martw się o to – machnęła szybko ręką, usiadła na stole naprzeciw niej i nadal czekała. – Kto to był? – zapytała, kiedy Blaze nic nie odpowiedziała, tylko starannie wycierała oczy twardą, szorstką chusteczką.
-Nikt ważny. – mruknęła dopiero po chwili. Dziewczyna zeskoczyła z blatu, a na jej twarzy znów pojawił się wyraz całkowitego znudzenia.
-Jak nie chcesz mówić, to nie mów. – mruknęła, udając się ku barowi, ale nagle zatrzymał ją cichy, prawie niesłyszalny głos Blaze.
-Zaczekaj, Darla, daj mi chwilę...

Kiedy skończyła opowiadać siedziała w miejscu, drąc w drżących rękach chusteczkę. Nie potrafiła spojrzeć na dziewczynę, które ze zdziwieniem spoglądała na Blaze. Cisza pomiędzy nimi nie była na szczęście denerwująca ani ganiąca, po prostu Darla potrzebowała chwili na zrozumienie wszystkiego i wydanie osądu. Za to Blaze odczuwała dziwną ulgę, bo w końcu mogła komuś powiedzieć o tym, co tak skrzętnie ukrywała.
-Ale... – Darla zaprzeczyła głową, niedowierzając. – Ale jak to możliwe, że ty... – nie dokończyła. Ta druga nadal bawiła się chusteczką w dłoniach, delikatnie się uśmiechając. Sama nigdy nie myślała, jak to wszystko było możliwe. Cały Nowy Orlean i rzeczy z nim związane wydawały się jej bardzo odległe, były prawie jak sen.
-No to nieźle... – Darla zeskoczyła ze stołu i cicho śmiejąc się podeszła do wahadłowych drzwi. Przez niewielkie, okrągłe okienko zajrzała na salę. Blaze podążyła w jej ślady. Wspięła się na palcach i rozejrzała się dookoła. Siedział teraz przy barze i nerwowo stukał palcami o blat.
-Powinnyśmy wrócić do pracy... – mruknęła Darla, po czym ze współczuciem spojrzała na Blaze. Znów w jej oczach pojawił się dziwny smutek, patrzyła po kątach, próbując spokojnie oddychać. Wychodziło jej to z trudem. Darla zauważyła to, więc złapała ją za ramię, po czym poważnie dodała. – Jakby co, mogę zawsze pogadać z Devonem. – obie jednocześnie spojrzały w stronę, gdzie z patelnią w ręce stał wysoki czarnoskóry kucharz. Pogwizdał głośno, podrzucając zgrabnie ciasto naleśnikowe nad wielką kuchenką.
Blaze uśmiechnęła się lekko, złapała za blaszaną tacę oraz menu, wyminęła Darlę i popychając mocno wahadłowe drzwi rzuciła.
-Dam sobie radę...


Ominęła ladę, za którą siedział Rowdy. Poruszył się tylko lekko na jej widok, ale nie miał zamiaru po raz kolejny ją straszyć. Wolał tutaj poczekać, aż w końcu sama będzie chciała z nim porozmawiać, nawet jeśli miałoby mu to zająć cały dzień..
Za to Blaze biegała pomiędzy stolikami, z wyćwiczonym uśmiechem na twarzy przyjmując zamówienia i podając dania. Jednak nie mogła poradzić nic na myśli, które ciągle biegały gdzieś w innym kierunku. Tylko co jakiś czas rzucała ukradkowe spojrzenia w tamtą stronę, czując dziwnie kołaczące serce...


Kiedy ostatni klient wyszedł już z knajpki, miała nadzieję, że chociaż jej powrót do domu będzie spokojny. Położyła, tak jak zawsze tacę i żółty fartuszek wrzuciła do swojej szafki. Założyła na siebie ciepły płaszcz i pożegnała się z kilkoma osobami, które jeszcze zostały w kuchni. Wyszła tylnymi drzwiami wprost na zaniedbaną, ślepą uliczkę skąpaną w półmroku. Od razu powitał ją zimny i przenikliwy wiatr, za którym poleciało z nieba kilka dużych, białych płatków śniegu. Założyła na głowę kaptur, a zziębnięte ręce schowała do kieszeni ciemnego płaszcza.
Patrzyła na drogę, szła powoli. Ulice były już puste, bo o tej godzinie w Seattle zamierało życie. Wszyscy siedzieli w swoich ciepłych mieszkaniach i tylko nieliczni, najczęściej zmuszenie przez sytuację, ludzie maszerowali ulicami. Tak samo było w przypadku Blaze. Wolałaby już teraz siedzieć w swoim małym mieszkaniu, niż przemierzać Stewart Street wprost na Terry Street, gdzie mieszkała.
Nagle usłyszała za sobą czyjeś kroki. W każdej innej sytuacji nie przejmowałaby się tym, że ktoś idzie za nią, ale tym razem miała dziwne przeczucie, że to był ktoś znajomy.
Przystanęła przed jedną z wystaw sklepowych i udawała wielkie zainteresowanie starymi, zniszczonymi książkami. Nie musiała długo czekać. Tuż przy niej pojawił się On. Przystał blisko niej i także przyglądał się wystawie.
-Po co wróciłeś? – zapytała najbardziej oschle, na ile pozwalało jej zimno, powodujące, że cała drżała.
-Moglibyśmy spokojnie porozmawiać? – wydawało się, że w ogóle jej nie słucha. Po prostu przyglądał się raz jej, a raz wystawie, czekając na jakąkolwiek reakcję.
-Nie wiem, czy mamy o czym... – Blaze odwróciła się i powoli zaczęła iść dalej. Zimny wiatr wiał coraz mocniej, a śnieg sypał coraz gęściej. Poczuła, jak łapie ją za rękę.
-Poczekaj. – powiedział spokojnie, kiedy w końcu zatrzymała się. Z wielkim trudem spojrzała na niego. Przymknął na chwilę oczy, po czym zapytał. – Możemy spokojnie porozmawiać?
Spuściła głowę i nogą odgarnęła trochę śniegu, który zebrał się już na chodniku. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Czuła mętlik w głowie.
-Przyjechałem tak nagle, że nawet nie mam, gdzie spać... – dodał, patrząc gdzieś daleko przed siebie, ale nadal przytomnie i mocno trzymając ją za rękę, żeby nie uciekła. Popatrzyła na niego z lekkim niedowierzaniem. Miał podkrążone oczy i nieobecny wyraz twarzy.
Ściągnęła z siebie jego rękę i bez słowa ruszyła do przodu. Pobiegł za nią. Nie próbował pytać po raz kolejny ją o to samo, bo i tak wiedział, że nie uzyska od niej żadnej odpowiedzi. Razem przeszli przez ulicę, po czym znaleźli się tuż przy jednym ze starych, zaniedbanych budynków.
Blaze wyciągnęła klucze z kieszeni i otworzyła drzwi. Przytrzymała je, wpuszczając do środka Rowdy’ego. Wsiedli do starej, obdrapanej i popisanej windy, a dziewczyna nacisnęła guzik z cyfrą 6.
Jechali w całkowitej ciszy. A stara żarówka w windzie migała, mijając każde kolejne piętro. Wysiedli. Blaze otwarła drzwi mieszkania, ściągnęła płaszcz i zapaliła światło. Rowdy stał na progu, nie wiedząc co ma robić.
-Wejdź... – powiedziała, kiedy zauważyła, że nadal stoi w tym samym miejscu. Dopiero wtedy wszedł do środka. Ściągnął kurtkę i powiesił ją na wieszaku.
-Napijesz się czegoś ciepłego? – zapytała. Pokiwał szybko głową, po czym usiadł na kanapie.
Blaze przyniosła po chwili dwa kubki gorącej herbaty. Podała mu jeden, a drugi mocno objęła dłońmi. Usiadła niedaleko niego. Siedzieli w całkowitej ciszy. Nie patrzyli na siebie i oboje zastanawiali się, co się stało pomiędzy nimi, że już nawet nie potrafią ze sobą rozmawiać.
Rowdy nerwowo obracał kubek w dłoniach, próbując zacząć wszystko od początku. W końcu odezwał się.
-Już nie jestem z Jam... – Blaze spojrzała na niego. Uśmiechnął się lekko. – Szczerze powiedziawszy nie wiem, jak znalazłem się aż tutaj. Wszystko wydarzyło się tak nagle, a było takie do przewidzenia... – przerywał co chwilę, żeby znów zacząć. Dziewczyna spoglądała na niego, pijąc gorącą herbatę małymi łykami. – Oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej i coraz bardziej, aż w końcu przestaliśmy w ogóle rozmawiać ze sobą... Pomyśl, jaka to paranoja mieszkać w jednym domu, nie odzywać się do siebie, a do tego jeszcze dziecko... Alora... – teraz jego uśmiech stał się wyraźniejszy, na wspomnienie o jego małej córeczce. Blaze oparła się wygodniej o kanapę. Słuchała go nadal jeszcze nie wierząc, że siedzi tutaj obok niej. Widziała, że zmienił się. Ale i tak nie na tyle, żeby nie rozpoznała w nim tego samego Rowdy’ego, co kiedyś...
-Moja mała Alora... – mruknął ciszej, po czym wrócił do opowiadania. – I któregoś dnia spakowała wszystkie moje rzeczy... Nie miałem innego wyjścia. Wsiadłem w samochód i przyjechałem... – napił się herbaty, uciekając wzrokiem od Blaze.
-Jak mnie znalazłeś? – zapytała nagle. Ze zdziwieniem spojrzał na nią, że obdarzyło go swoim pytaniem. – Jak mnie znalazłeś? – powtórzyła.
Wyciągnął z kieszeni trochę pomięte papiery i podał jej. Wzięła je i zaczęła przeglądać. Kilka jej zdjęć z Jam, z Kert’em. Jednak ostatnia rzecz wzbudziła w niej największe poruszenie. Poczuła łzy na policzkach. Jej portret, który kiedyś namalował. Patrzyła na niego, nie wiedząc co ma teraz zrobić. Delikatnie, opuszkami palców, wodziła po konturach rysunku. Ta sama sukienka w białe groszki, która wisiała w jej szafie, wydawała się taka żywa, jakby poruszała się na kartce papieru. I do tego niesforne włosy, piegi i troszkę smutne, szare oczy.
-Popytałem paru ludzi... Trochę czasu mi to zajęło zanim Cię odnalazłem... – dodał, jakby na swoje usprawiedliwienie. – Ale kiedy spakowałem walizki do auta, wiedziałem, że tylko do Ciebie mogę przyjechać, nigdzie indziej...
Blaze oddała mu zdjęcia oraz rysunek. Jej usta wygiął nieznośny grymas, a w oczach nadal szkliły się łzy, które jeszcze chwila, a wypłynęłyby na policzki. Wstała ze swojego miejsca i zaniosła kubek do połowy wypitej herbaty do kuchni...

Potrzebowała chwili, żeby wszystko uporządkować w swojej głowie. Powolnym krokiem wróciła do salonu, gdzie nadal na kanapie siedział Rowdy. Oparła się o pobliską ścianę i patrzyła na niego.
-Myślałem, że w Seattle jest cieplej... – mruknął. Blaze uśmiechnęła się lekko, spoglądając w stronę okna. Jedyne, co mogła tam zauważyć, to duże płatki śniegu wirujące w powietrzu.
-Można się przyzwyczaić do tego zimna... – odpowiedziała cicho, czując, jak uśmiech znika z jej twarzy. Szybko spuściła wzrok. A w tym samym momencie Rowdy wstał, zgiął w pół fotografie oraz obrazek i schował je do kieszeni swoich spodni.
-Mógłbym się odświeżyć? – zapytał. Pokiwała twierdząco głową, wskazując palcem drogę do łazienki.

Nerwowo tupała nogą, trzymając rękę przy ustach. Nie wiedziała, jak ma mu powiedzieć, że to nie był najlepszy pomysł przyjazdu tu do niej. Dlatego, kiedy drzwi łazienki skrzypnęła, szybko podniosła się z kanapy i poczekała, aż Rowdy pojawi się w salonie.
-Posłuchaj... – mruknęła, kiedy wszedł do pokoju w samych bokserkach ze spodniami przewieszonymi przez ramię. – Posłuchaj... - powtórzyła, nerwowo poprawiając swoją grzywkę. – Nie będziesz mógł tu długo zostać... Zrozum...
-...Tak wiem. – przerwał jej. – Wszystko rozumiem. Przyjechałem tak nagle, a przecież nie jestem mile widzianym gościem... Daj mi kilka dni...
-To nie tak... – na jej twarzy pojawił się grymas. Poczuła się tak niezręcznie. Nie chodziło jej dokładnie o to, ale po prostu nie chciała żadnych niespodzianek w jej poukładanym życiu. Czując, jak zaczyna się rumienić ze wstydu wyminęła go.
-Musisz niestety spać na tej niewygodnej kanapie... - mruknęła, zamykając za sobą szybko drzwi sypialni.
Rzuciła się na łóżko. Długo patrzyła w sufit. Czuła, że w jej głowie jest tysiące myśli, ale nie potrafiła skupić się choćby na jednej. Dopiero nad ranem zorientowała się, że przesiedziała tak całą noc, a za oknami zaczął już świtać nowy dzień..


Siedziała na kanapie, skubiąc palcami kawałek ciasta, które wzięła kilka dni temu z pracy. Nieobecnie patrzyła przed siebie. Siedziała sama w salonie w takiej dziwnej ciszy. Nie mogła uwierzyć w to, że tak po prostu dała Mu klucze do mieszkania i uprzedziła Go jeszcze, żeby uważał na klamkę, bo ta często zostaje w ręce. Tak po prostu, kiedy wstał i powiedział jej, że musi iść po swoje rzeczy do samochodu, ona przytaknęła mu, szybko wyjmując zapasowe klucze z dzbanka, stojącego na lodówce. Wiedziała, że kiedyś ta dodatkowa para kluczy może się przydać...
Niemniej przytomna wyszła na zakupy. Musiała kupić coś do jedzenia. Przechadzała się po sklepach, mocno ściskając pasek torebki, zawieszonej na prawym ramieniu. Przeglądała się w wystawach sklepowych, czując, jak jest jedną z tych szarych istot chodzących po Seatlle. Zmieniło się w niej wszystko, nawet sposób postrzegania samej siebie. Teraz była, tak jak wszyscy ci ludzie z tego okropnie smutnego miasta, gdzie przez większość roku było ciemno, mgliście i deszczowo...
Naciągnęła na głowę kaptur, kiedy pierwsze krople z nieba pojawiły się na chodniku. Po raz kolejny jakaś chmur tam, u góry, rozpruła się i zalewała swoimi wielkimi kroplami pomieszanymi z płatkami śniegu całe Seatlle. Nienawidziła tej pogody, dlatego kiedy tylko ujrzała znajomy brązowy szyld, nie mogła się powstrzymać. Weszła na chwilę do herbaciarni, żeby kupić kilka rodzajów herbaty z różnych zakątków świata. Starsza pani za ladą bardzo dobrze wiedziała, co potrzebuje Blaze, rozumiały się świetnie.
Dzwoneczek u drzwi brzęknął wesoło oznajmiając, że ktoś znów wszedł do sklepu. Dziewczyna zrzuciła kaptur z głowy i przywitała się z kobietą zza lady. W tym miejscu czuła się, jak mała dziewczynka, która z ledwością dosięgając lady, próbowała zaspokoić swoją ciekawość, co do tych dziwnych nazw i listków w słoiczkach za starszą panią.
Dlatego, kiedy podeszła do lady, mimochodem wspięła się na palce i zaglądnęła za ramię ekspedientki, z zaciekawieniem patrząc na półki aż do samego sufitu wypełnione herbatami.
-Co chciałabyś tym razem? – zapytała starsza pani, obdarzając Blaze promiennym uśmiechem.
-Coś na tą dziwną pogodę Seatlle i może jeszcze coś... – zawahała się. Uważnie przyjrzała się spokojnym, pełnym troski oczom starszej pani. - ... coś na... – wzięła głęboki oddech. – coś na złamane serce. – dokończyła, próbując na końcu uśmiechnąć się. Jednak na jej usta wpełzł tylko i wyłącznie dziwny grymas. Ekspedientka pokiwała głową, po czym odwróciła się i omiotła wzrokiem półki z herbatami.
W tym momencie dzwoneczek u drzwi po raz kolejny zabrzęczał. Blaze odwróciła się. W progu stał Rowdy. Uśmiechnął się do niej lekko i podszedł bliżej.
-Widziałem Cię przez szybę. – wytłumaczył jej na ucho. Pokiwała twierdząco głową.
Starsza pani odwróciła się z powrotem w stronę lady z dwoma torebeczkami wypakowanymi herbatą.
-Dzień dobry. – Rowdy uśmiechnął się delikatnie. Kobieta odwzajemniła jego przywitanie, po czym zwróciła się do Blaze.
-To twoje herbaty, kochanie. Ta na słotę i ten mroźny klimat. – wskazała na jedną z torebeczek, patrząc na dziewczynę uważnie zza swoich okularów. – A ta na... – zastanowiła się. – na złamane serce. – dodała.
Blaze szybko wzięła torebeczki, schowała je do dużej skórzanej torby i zapłaciła. Podziękowała i pożegnała się, wychodząc szybko z herbaciarni. Nie czekała nawet na Rowdy’ego. Jednak on szedł za nią. Pożegnał się także ze starszą panią i dogonił Blaze.
-Daj, poniosę to. – zabrał od niej reklamówki.
Bez słowa przyspieszyła i naciągnęła mocniej kaptur na głowę, chowając pod nim dziwnie palące ją policzki...


Otworzyła drzwi mieszkania i weszła do środka. Płaszcz rzuciła w kąt, a torbę zostawiła na kanapie. Szybkim krokiem udała się do kuchni, żeby tam, w kącie schować się jak najszybciej.
Rowdy zamknął drzwi, powiesił swoją kurtkę oraz podniósł z podłogi płaszcz Blaze. Potem spokojnie przeszedł do kuchni. Na stole zostawił zakupy i zapytał.
-Zrobisz mi herbatę? Zmarzłem. – uśmiechnął się lekko do niej, kiedy po raz kolejny uciekała wzrokiem od jego oczu, od całego niego. Jednak on nie dawał za wygraną. Nadal stał w tym samym miejscu i bezczelnie spoglądał na nią, czekając na jakąkolwiek jej reakcję.
Nie dowierzała sobie, że tak po prostu wstała z krzesełka i wróciła się do salonu, żeby wyciągnąć z torebki herbaty, które kupiła.
Kiedy wróciła on siedział przy stole, palcami uderzając w blat. Nastawiła wodę i wyciągnęła dwa kubki.


-Naprawdę nie musisz iść tam ze mną... – odezwała się po raz pierwszy od kilku godzin, w drodze do knajpki.
-Wolę posiedzieć tam, niż sam w domu. – odpowiedział jej, odwracając twarz od kolejnego mroźnego powiewu wiatru, który pojawił się znikąd.
W końcu z szeregu takich samych, niekształtnych bloków wyłonił się jeden, bardziej wysunięty, w troszkę żywszych kolorach budyneczek. Przed nim, na chodniku, stała tablica z menu. Blaze ominęła ją zwinnie i już miała wejść do środka, kiedy jej uwagę przykuła kartka na drzwiach. Rowdy także zatrzymał się i ze zdziwieniem przeczytał na głos.
-Impreza pożegnalna...
-Jedna z kelnerek odchodzi na macierzyńskie. – wytłumaczyła mu Blaze, mocno popychając drzwi. Od progu powitał ich gwar oraz zaduch niewielkiej knajpki.
-To ja usiądę sobie z boku... – mruknął Rowdy, uciekając w bok. Dziewczyna pokiwała przecząco głową i złapała go za rękę.
-Chodź na zaplecze, coś znajdzie się dla Ciebie. – puściła jego ramię i ze zmieszaniem uciekając od niego wzrokiem, udała się w stronę wielkich wahadłowych drzwi.
Za nimi wrzało od głośnych rozmów, a powietrze pachniało rozgrzanym olejem. Blaze zrzuciła z siebie płaszcz i przywitała się z kilkoma osobami. Ruchem dłoni wskazała Rowdy’emu, że ma iść za nią i oboje przeszli do mniejszego pomieszczenia, w którym znajdowały się metalowe szafki pracowników. Otworzyła jedną z nich i wyjęła żółty fartuszek.
-Jeśli chcesz, możesz pomóc tutaj w kuchni. Przynajmniej nie będziesz się nudził przez cały wieczór... – mruknęła, zawiązując w talii kawałek poplamionego materiału.
W tym samym momencie do pomieszczenia weszła Darla. Omiotła swoim znudzonym spojrzeniem cały pokój, a jej wzrok zawisł na dłuższą chwilę na Rowdy’m.
-Witam... – rzuciła, ciamkając gumą do żucia. Blaze trzasnęła drzwiczkami szafki i pospieszyła z wytłumaczeniem Darli.
-Rowdy – Darla, Darla – Rowdy. – wymamrotała jednym tchem.
Chłopak wyciągnął rękę z kieszeni i wyciągnął ją w stronę Darli. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, po czym napięcie odwróciła się w stronę drzwi i powolnym krokiem wyszła do kuchni, wołając za Blaze.
-Czy słyszałaś o tej imprezie pożegnalnej?
-Nie przejmuj się nią, jest troszkę.... dziwna. – mruknęła Blaze, po czym szybko podążyła za Darlą.
Po kilku minutach w końcu znalazło się odpowiednie zajęcie dla Rowdy’ego. Z powodu wzmożonego ruchu ktoś musiał zmywać niebotyczne ilości szklanek po klientach. Pomysł nie za bardzo spodobał się Devonowi. Nie lubił, kiedy ktoś nieznany kręcił się po jego kuchni, ale po kilku prośbach i uśmiechach Blaze, w końcu zgodził się. Tylko od czasu do czasu spoglądał podejrzanie na Rowdy’ego. Za to Blaze wpadała do kuchni za każdym razem, kiedy miała chwilę wolnego i wciąż pytała, czy wszystko w porządku.
-Spokojnie, przecież nie zmywam naczyń pierwszy raz. – odpowiadał jej ze śmiechem...


Szczelnie schowała się w swoim płaszczu, ale to nie pomogło. Mróz na dworze wciąż dawał o sobie znać. Czuła, jak powoli zamarza jej nos i z trudem oddycha. Poczekała na Rowdy’ego, który zatrzymał się na ulicy, żeby zapalić papierosa. Podbiegł do niej i uśmiechnął się lekko, kiedy jego wzrok napotkał na jej nieśmiałe spojrzenie. Była jakaś smutna, może zmęczona.
-Wybierasz się na tą imprezę pożegnalną? – zapytał nagle. Blaze wzruszyła ramionami.
-Nie wiem... Nie za bardzo lubię takie spędy... – mruknęła. Rowdy zaciągnął się papierosem i dorzucił tylko.
-Ta dziewczyna, zapomniałem jej imienia, zapraszała nas oboje.
Blaze po raz kolejny wzruszyła ramionami i szybkim krokiem przeszła na drugą stronę ulicy, mijając ciemną herbaciarnię. Bez słowa otworzyła drzwi i tak jak zawsze nacisnęła guzik z na w pół zdrapaną cyferką 6. Stara winda zamknęła się, dała cichy znak, że rusza i zaczęła sunąć ku górze. Kilka pięter w górę, aż w końcu drzwi otworzyły się na tym właściwym.
Rowdy z większą śmiałością wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się dookoła. Zaniedbany korytarz nie był przyjemnym miejscem. Tylko dwie pierwsze lampy tuż przy mieszkaniu Blaze świeciły zakurzonym światłem. Reszta pogrążona w mroku mogła co najwyżej napawać lękiem, że właśnie gdzieś tam w tych ciemnościach ktoś się czai.
Dziewczyna otworzyła mieszkanie i tak jak zawsze niezdarnie powiesiła płaszcz na wieszaku.
-Dobranoc. – mruknęła, szybko zamykając za sobą drzwi sypialni. Rzuciła się na łóżko i przykryła po same uszy. Było jej strasznie zimno i dziwnie nieswojo. Nie mogła się zdecydować, czy to był po prostu zły humor, czy może coś więcej, coś, czego jeszcze nie odkryła.
Przygaszonym wzrokiem spoglądała w stronę okna, z którego bił srebrny blask księżyca. Kilka razy westchnęła głośno, aż usłyszała bardzo ciche pukanie do drzwi. Nie mruknęła ani słowa. Drzwi otworzyły się bardzo powoli.
-Śpisz? – głowa Rowdy’ego pojawiła się w środku. Pokiwała przecząco głową i tak, jakby bała się kogoś zbudzić, szepnęła cicho.
-Nie...
-A mogę wejść? – zapytał znowu. Blaze nie odpowiedziała, bo i tak wiedziała, że wejdzie. Najwidoczniej miał jakiś powód, że zakłócał spokój jej małej enklawy. Szybko wszedł do środka, zamknął delikatnie za sobą drzwi i podszedł do łóżka. Usiadł na jego brzegu, rozejrzał się dookoła, po czym utkwił swój wzrok na Blaze. Wyglądała, tak jakby chowała się pod kołdrą przed całym światem, może też i przypadkiem przed nim.
-Zimno Ci? – zapytał. Pokiwała szybko głową. Uśmiechnął się lekko. – Słuchaj, może jednak poszlibyśmy na tą imprezę... – rzucił niby mimochodem, udając, że próbuje znaleźć jakiś temat do nocnej rozmowy. Blaze już chciała mu odpowiedzieć, że nie za bardzo podoba jej się ten pomysł i nie za bardzo ma ochotę gdziekolwiek iść, kiedy on nawet nie dał jej dojść do słowa. – W pewnym sensie to byłaby także moja impreza pożegnalna... – dodał jednym tchem. – Powinienem wrócić... Wiesz, Alora... - wyglądało na to, że kiedy wypowiadał imię swojej córki, miał nadzieję, że to wszystko będzie tłumaczyć, że to jedno, małe słówko będzie tłumaczyć Jego.
Blaze pokiwała nieznacznie głową. Nie miała ochoty nawet na rozmowy. W ten sposób próbowała ukryć, że tak naprawdę jej nie zależy. Jednak w środku aż gotowało się w niej. Teraz nie miała do niego żalu, że wrócił i powywracał po raz kolejny jej życie do góry nogami. Była tylko zła, że mówił o Jam oraz o Alorze, jak o części swojego życia. Nie mogła tego znieść, bo nigdy na to nie potrafiła spojrzeć z tej strony. Łudziła się, że to dla Niego męka porównywalna z przetrwaniem jej samotności.
-I co o tym myślisz? – zapytał po dłuższej chwili, kiedy zauważył nieobecny wyraz twarzy Blaze. Patrzyła na księżyc, na w miarę przejrzyste niebo oraz gwiazdy, które widziała ze swojego miejsca pod kołdrą.
-Sama nie wiem... – odpowiedziała sztucznie oschłym głosem. Wiedziała, że to wyczuł.
-Coś jest nie tak? – zapytał. Blaze zaśmiała się, a w jej oczach pojawiły się łzy.
-Po prostu jestem zmęczona... – mruknęła, starając się zabrzmieć całkiem normalnie.
Rowdy pokiwał kilka razy głową, po czym wstał i udał się do drzwi. Zanim zamknął drzwi rzucił jeszcze.
-Dobrej nocy, Blaze..
Odpowiedziała mu z grzeczności, a kiedy zamknęły się za nim drzwi, po raz kolejny westchnęła głośno, przymykając oczy i zatapiając się jeszcze bardziej w pościel. Jeszcze przez chwilę słyszała jego kroki po salonie...

komentarze [1]

>> piątek, 9 stycznia 2009 16:18:51
i.o.
komentarze [0]

>> niedziela, 6 kwietnia 2008 12:00:05
Ujmę to tak - nie mogę wymyślić dalszego ciągu. Znaczy jest zarys, jest szkic, ale... nic więcej... Może czas byłoby zacząć coś nowego? W końcu nie chciałabym porzucać tego bloga...
komentarze [1]

Pewna uliczka w Parmie..17 >> poniedziałek, 21 stycznia 2008 14:08:18
...


-Bella.. Bella... – usłyszała głos, jak przez taflę wody. Otworzyła powoli oczy. Lino leżał obok niej i czekał aż w końcu się obudzi. Nieznacznie mruknęła, że już nie śpi, na co on szybko wytłumaczył, że zaspał i że już musi lecieć. W pośpiechu wstał z łóżka, ubrał spodnie i wyszedł z pokoju.
Za to ona przeciągnęła się jeszcze kilka razy, powoli wstała, wyszła do kuchni i zasiadła na swoim miejscu. Lino szybko wyszedł z mieszkania. Nawet nie pożegnał się z nią. Została sama i tak jak zawsze zapaliła, robiąc sobie przy tym gorzką herbatę...

Przygotowała obiad. Taki włoski, bo ciągle tęskniła za Parmą i wiedziała, że nigdy nie przywyknie do Moraine. Nie mogła znieść tego miejsca, bo kojarzyło się jej zawsze ze wszystkim, co złe, co musiało przytrafić się w jej życiu. Ta pogoda, te ulice, ci ludzie. Nienawidziła tego miasta i z każdym dniem coraz bardziej chciała wrócić do słonecznych Włoch.
Dlatego przygotowała pyszny obiad, a w głowie ułożyła sobie piękną mowę na temat krótkiego wyjazdu. Miała nadzieję, że Lino nie będzie miał nic przeciwko, a nawet z wielką chęcią zgodzi się.
Kiedy drzwi mieszkania skrzypnęły zerwała się ze swojego miejsca, żeby przywitać chłopaka. Od progu obdarzyła go miłym uśmiechem i napomknęła, że na pewno jest głodny, a ona przygotowała pyszny obiad. Przytaknął jej i powlókł się za nią. Kiedy kazała mu usiąść, usiadł, a kiedy kazała mu jeść, bez słowa zaczął jeść. Chwilę wstrzymywała się, żeby nie zaczynać rozmowy tak od razu. Co kilka minut rzucała mu zaciekawione spojrzenie, a on bez chęci dziobał widelcem po talerzu.
-Lino... – poczekała aż podniesie głowę i spojrzy na nią. Popatrzył na nią nieobecnym wzrokiem. Wtedy ona złapała powietrze i zaczęła mówić. – Pomyślałam, że moglibyśmy wyjechać do Parmy na święta. Chris i Fia na pewno ucieszyliby się... – mówiła jeszcze kilka minut, zarzucając Lino tysiącem słów, które tak jakby jego nie dotyczyły. Patrzył na nią bez przekonania. Kiedy skończyła nerwowo kaszlnęła i utkwiła wzrok w jajecznicy. – Wygłupiłam się. To nie ma sensu. – odpowiedziała sama sobie po chwili, kiedy nie usłyszała od Lino żadnej odpowiedzi. Uśmiechnęła się krzywo i poczuła, jak do oczu napływają jej łzy. Tak bardzo chciała jechać do Parmy, ale była taka bezradna...
Chłopak pokiwał przecząco głową, odłożył widelec i upłynął dość długi czas, aż w końcu odezwał się.
-To nie tak, Belladonna... – przerwał. Wyglądało na to, że chce jej coś powiedzieć, ale absolutnie nie wie, jak to zrobić. Rozglądał się dookoła, a dziwny grymas na jego twarzy zdradzał, że coś jest nie tak.
-Lino? – zapytała, zdławionym głosem, czując, że coś musiało się wydarzyć.
-Z Chrisem jest gorzej... – mruknął, unikając wzroku Belli. – Fia dzisiaj do mnie dzwoniła... – dodał, kiedy nie odezwała się.
Siedziała, bez słowa wpatrując się w Lino. Teraz łzy płynęły jej po policzkach bez jakichkolwiek zahamowań. Nagle wszystko wróciło. Ten strach, ze może Go stracić, że może już nigdy więcej Go nie zobaczyć. On był tam, a ona tak daleko od Niego...
Szybko wstała od stołu i przeszła do okna. Ręce założyła na piersiach, a nieobecnym wzrokiem błądziła po szarej ulicy, którą widać było przez szybę. Teraz naprawdę nie wiedziała co ma zrobić, a uczucie bezradności doprowadzało ją do kolejnych łez.
-Fia mówiła, że jeszcze nie wszystko stracone, że lekarze dają nadzieję... – rzucił Lino, na co Bella parsknęła ironicznym śmiechem poprzez płacz. Oparła czoło o zimną szybę i czuła, jak dusi się swoją bezradnością, a z drugiej strony chęcią jakiegokolwiek działania. Tak chciała, żeby wszystko było w porządku, ale w żaden sposób nie mogła nic poradzić.
Przez kilka minut głośno chlipała. W końcu usłyszała, jak od stołu wstaje Lino. Podszedł do niej. Delikatnie dotknął jej ramienia. Odwróciła się w jego stronę i rzuciła mu się na szyję. Pogładził jej włosy, próbując ją uspokoić, ale to nic nie dawało. Nadal płakała, powtarzając ciągle, że tak nie powinno być i dlaczego właśnie jego to spotkało. Po kilku minutach wypłakiwania gorzkich łez uspokoiła się trochę.
-Może położysz się? – zapytał ją spokojnym, trochę smutnym głosem. Pokiwała twierdząco głową, po czym udała się do swojego pokoju i położyła na łóżku. Lino wiedział co ma zrobić. Bez jakiegokolwiek słowa położył się obok niej i pozwolił się jej wtulić mocno w niego. Czuł, jak drży i słyszał, jak nadal cicho popłakuje. Nie odzywał się, nawet nie wiedziałby, co miałby powiedzieć. Dlatego leżał tam z nią i nie śmiał się ruszyć. Dopiero kiedy zaczęła spokojniej oddychać, a ostatnie łzy zaschnęły na jego koszulce, delikatnie dotknął jej policzka i pogładził go kilka razy. Jeszcze nigdy nie widział, żeby tak cierpiała....

komentarze [2]

Pewna uliczka w Parmie..16 >> sobota, 19 stycznia 2008 22:41:55
Nastrojwo się zrobiło. Polecam Tristan Prettyman feat. Jason Mraz - Shy That Way.



Nalała po raz kolejny ponczu do swojego kubka i wróciła do Lino, który na środku parkietu poruszał się w takt muzyki. Uśmiechnęła się lekko do niego. Nie przejmowała się niczym, tak jej poradził i posłuchała go. Czuła się taka wolna i spokojna, jakby ogromny kamień właśnie spadł z jej serca.
Napiła się łyk napoju i poprawiła opaskę z okrągłymi czarnymi uszami, która powoli zaczynała ją uwierać w głowę.
-Nie jest tak źle. – dodała, krzywiąc się na widok dziewczyny podobnie ubranej jak ona. Chłopak nie usłyszał jej. – Nie jest tak źle. – próbowała przekrzyczeć muzykę. Lino zaśmiał się cicho, po czym spojrzał w stronę, w którą spoglądała Bella. Dziewczyna w stroju Myszki Minnie bawiła się świetnie, skacząc do góry.
-Ty wyglądasz w tym o wiele lepiej. – pokrzepił ją, przybliżając się do niej, żeby usłyszała jego słowa. Bella uśmiechnęła się, wzniosła do góry kubek i po raz kolejny napiła się ponczu.
Z głośników płynęły trochę ospałe, ale pełne emocji dźwięki, stworzone specjalnie do tego, żeby poruszać się powoli w ich takt. Bella uwielbiała takie piosenki i z chęcią, pozbywając się już pustego kubka, zaczęła tańczyć, podśpiewując przy tym pod nosem słowa. Lino kiwał tylko głową, kiedy próbowała go namówić, żeby zachowywał się tak samo. Tańczył, ale to nie było to. Dziewczyna oplotła ręce wokół jego szyi i krzyknęła do jego ucha:
-Lino, poczuj tą muzykę. – chłopak niezręcznie uśmiechnął się. Nie chciał z nią tańczyć aż tak blisko, ale ona nie zamierzała go puszczać. – Wyluzuj. – dodała, łapiąc jego speszony wzrok. Uśmiechnął się lekko i delikatnie objął ją w talii.
Bella nie mogła nic poradzić na to, że ciągle się śmiała. Wszystko przez to, że wciąż deptała nogi Lino.
-Przepraszam. – wybełkotała, pomiędzy kolejnym chichotem. – Troszkę za dużo ponczu.
-Zauważyłem... – mruknął Lino, łapiąc ją mocniej, kiedy prawie przewróciłaby się o własne nogi. – Może powinnaś się położyć? – zapytał. Pokiwała szybko głową, niezdarnie poprawiając sztuczne uszy.
Chłopak złapał ją za rękę i poprowadził do jej pokoju. Zapalił światło, zamknął drzwi i pomógł jej położyć się na łóżku. Bella westchnęła głośno i przymknęła oczy.
-Dobranoc... – rzucił, wchodząc z pokoju.
-Zostań... – mruknęła cichutko. Zatrzymał się w miejscu. – Zostań ze mną. – dodała.
Wrócił i usiadł na skraju łóżka. Bella niezręcznie poklepała miejsce obok siebie. Wybełkotała coś w stylu ‘tutaj’ i czekała. Lino powoli położył się obok niej. Przytuliła się do niego szybko, lekko uśmiechając się. Chłopak osłupiały nie mógł się ruszyć, nerwowo uśmiechnął się kilka razy, kiedy Bella próbowała mocniej przytulić się do niego. W końcu lekko objął ją ręką i pocałował w czubek głowy...


Rano czuła, jak ma ciężką głowę. Nie mogła nawet jej podnieść z poduszki. Przetarła dłonią twarz i spróbowała otworzyć oczy. Było to prawie niewykonalne zadanie, bo światło wdzierało się niemiłosiernie do pokoju poprzez żaluzje, stając się tym samym największym wrogiem skacowanej Belli. Kiedy w końcu udało jej się choć trochę doprowadzić do stanu życia, czyli przewrócić na drugi bok, mocniej wtulić w pachnącą poduszkę, była z siebie dumna. Po za tym czuła coś dziwnego, a zarazem przyjemnego, co bawiło się jej nosem. Zapach. Znajdował się na poduszce. Czuła, jak daje jej bezpieczeństwo i wiedziała, że bez problemu może zamknąć oczy i iść spać dalej.
Jednak nie udało się jej. Do pokoju wszedł Lino. Bez słowa odsunął rolety. A kiedy zauważył, że Bella przygląda mu się szybko odwrócił od niej wzrok i wyszedł z pokoju. Dziewczyna wstała i udała się do kuchni, gdzie usiadła na swoim stałym miejscu. Zapaliła papierosa i upiła kilka łyków zbawiennej gorzkiej herbaty. Patrzyła, jak Lino powoli ubiera bluzę i sznuruje buty. Potem, jak zawsze, wrócił do kuchni po swoją torbę. A kiedy wychodził mruknął, że będzie późno.
-Lino. – zawołała za nim Bella. Z niechęcią zatrzymał się w drzwiach i patrząc gdzieś w ziemię czekał na to, co ma mu do powiedzenia dziewczyna. – Przepraszam, trochę za dużo wypiłam. Musieli chyba coś dolać do tego ponczu. – Belladonna zaśmiała się cicho, na co Lino pokiwał głową i szybko wyszedł z mieszkania, zamykając zbyt mocno drzwi.
Bella pokiwała przecząco głową, czując jak powoli zaczynają piec ją policzki, strząsnęła popiół z papierosa do popielniczki i znów napiła się gorzkiego napoju.
Wiedziała, że wczoraj przesadziła, ale z drugiej strony potrzebowała takiej chwili zapomnienia. Po za tym wciąż powtarzała sobie w myślach, ze tak naprawdę nic złego nie zrobili, że nie powinna czuć wyrzutów sumienia. Ale jednak...


Deszcz mocno bił w szyby, a wiatr świszczał w murach. Leżała w łóżku, próbując opanować to dziwne uczucie strachu. Od dziecka nie lubiła burz oraz wichur. A teraz właśnie przeżywała jedną z takich jesiennych ulew sama, tu w Moraine. Zapaliła światło w pokoju i wróciła do łóżka, żeby za chwilę wyskoczyć z niego. Wyszła do kuchni, żeby napić się czegoś. Piła szklankę wody, widząc przez okno ciemne drzewa uginające się pod nieposkromioną siłą wiatru. Pogasiła światła w kuchni i wróciła do swojego pokoju. Znów położyła się do łóżka, ale nie mogła tam leżeć. Bała się. I tak nagle w jej głowie pojawił się pomysł. Chwilę wahała się nad nim, aż w końcu wstała, cicho zamknęła drzwi swojego pokoju i na palcach przeszła do pomieszczenia obok. Zgaszone światło, tylko połysk księżyca odbijał się w środku o jedną ze ścian, a na łóżku spał Lino. Powoli podeszła do niego i ukucnęła przed nim.
-Lino... – powtórzyła kilka razy, dotykając jego ramienia. Zauważyła jak leniwie otwiera oczy i ze zdziwieniem ją zauważa. – Mogę spać z tobą? – zapytała, po czym dodała szybko. – Boję się.
Chłopak uśmiechnął się lekko. Głośno westchnął, po czym zrobił jej miejsce. Położyła się na jego miejscu. Delikatnie obróciła się w jego stronę. Zaspany spoglądał na nią, a na jego ustach nadal widniał lekki, trochę speszony uśmiech.
-Nadal Ci to nie przeszło? Pamiętam, jak zawsze bałaś się burz. – powiedział po włosku. Spuściła wzrok. Czuła się, jak małe dziecko. Ogarnął ją wstyd, jakby Lino właśnie rozpoczął rozmowę na najbardziej wstydliwy temat.
-Nie moja wina, że tak na mnie działają tego typu zawieruchy. – odpowiedziała. Chłopak zaśmiał się cicho.
Zapanowała dziwna cisza. W pokoju było duszno, gorąco. Oddychali jednym powietrzem. Czuła jego ciepło tak blisko. Trochę żałowała, że wpadła na taki pomysł. Ale było ciemno, więc miała nadzieję, że nie zauważy tych wszystkich mieszanych emocji, które na pewno były teraz wypisane na jej twarzy.
-Mogę się do Ciebie przytulić? – zapytała jednym tchem, czując, tak jakby to nie ona mówiła te słowa. Chwilę milczał, po czym powoli przybliżył się do niej. Objął ją delikatnie jedną ręką i pozwolił położyć głowę na swoim torsie. Nawet nie wiedziała kiedy usnęła. I nie przeszkodziła jej w tym żadna wichura...

komentarze [1]

Pewna uliczka w Parmie..15 >> wtorek, 15 stycznia 2008 19:50:51
No to jest. I mam nadzieję, że znowu nie zniknie na kilka miesięcy. Dziekuję wytrwałym i życzę miłego czytania.




Miała jechać, ale jednak została. Sprawę dało się załatwić przez telefon.
A ona nie wiedziała, czy po raz kolejny zniesie tak długą rozłąkę i czy zniesie to, co teraz przeżywał w Parmie Chris. Bała się, a do tego szczerze, bez żadnych ogródek, przyznawała się sama przed sobą, że jest tchórzem. Ale nie potrafiła nic na to poradzić.
Codziennie budziła się z nadzieją, że dzisiejszego dnia będzie inaczej. Nadzieja na zmiany nie opuszczała ją przez pierwszych kilka minut, kiedy to jeszcze w pół śnie, leżała w swoim łóżku i patrzyła w sufit. A potem były przymknięte, zaspane oczy, a za nimi obrazy. Czuła, jak odpływa od niej jakakolwiek chęć do życia.
Wtedy, jak na zawołanie, w jej pokoju zjawiał się Lino, siadał na skraju łóżka i bez słowa z uśmiechem w oczach oraz na ustach, spoglądał na nią. Zastanawiała się, jak to jest możliwe, że ona ma jeszcze nadzieje, że wierzy, a ona, jako jedyna przez całe dnie nie wie, co ma w końcu myśleć.
Jednak Lino nie dawał jej dużo takich chwil na rozmyślania. Włączał radio, po czym rzucał, że musi już iść na uczelnie. Bez słowa wstawała z łóżka, zarzucała na siebie bluzę, bo w Moraine było coraz zimniej, i wychodziła za Lino do kuchni. Tam czekała na nią już trochę ostygła herbata, paczka papierosów i popielniczka.
Zasiadała, tak jak zawsze w tym samym miejscu, zakładała zawsze tą samą nogę na nogę i przyglądała się, jak Lino ubiera grubą kurtkę oraz buty. Podczas tego codziennego rytuału wyciągała z paczki jednego papierosa i bawiła się nim, obracając go w palcach.
Kiedy chłopak był już ubrany wracał do kuchni, gdzie na krzesełku po drugiej stronie stołu zostawiał swoją torbę, zarzucał ją na lewe ramię i wyciągał w stronę Belli zapalniczkę.
Zaciągała się papierosem, żeby go odpalić, po czym dziękowała i żegnała go.
Lino wychodził codziennie o tej samej godzinie, zostawiając za sobą jakąś pustkę.
Za to Bella siedziała jeszcze kilka minut, paląc papierosa i małymi łyczkami pijąc gorzką herbatę.
Tak było codziennie. Każdego dnia snuła się po kątach mieszkania i próbowała zabić jakoś czas. Gdyby rozmowy telefoniczne z Parmą nie były takie drogie, wisiałaby ciągle na telefonie. A tak musiała ograniczać się do jednego telefonu na dzień.
Tęskniła całą sobą. Z każdym dniem, czuła, jak dłużej już nie będzie mogła tego znieść. Na szczęście był Lino, który ciągle pobudzał ja do życia, czasem na siłę, a czasem z mniejszym oporem z jej strony. Czuła, że on chyba, polubił Moraine. Za to ona nadal nie mogła znieść tego miejsca tylko dlatego, że nie było Parmą i że w pobliżu nie było Chrisa...

-Zgódź się, zgódź się! – nalegał po raz kolejny, prawie skacząc w miejscu. Widziała, że bardzo zależało mu na tym, co chwilę wcześniej wyrecytował jednym tchem. – To będzie mała impreza, tylko kilka osób. – dodał po raz kolejny.
Bella zamrugała kilka razy oczami. Nie wiedziała, czy ma ochotę na ludzi w przebraniach kręcących się po mieszkaniu. A potem tony śmieci, popołudnie zawalone sprzątaniem.
-Dobrze. – mruknęła szybko, nie mogąc zawieść Lino, który tak bardzo cieszył się na to halloweenowe przyjęcie. Snuł plany z zawrotną prędkością. Zresztą z taką samą szybkością zabrał się do pracy. W dwa dni posprzątał mieszkanie, zaopatrzył prowizoryczny barek i zaprosił pół swojego wydziału...

Lino przebrał się za jednego z muszkieterów. Za to Bella wybrała okrągłe, czarne uszy, dużą kokardę oraz sukienkę w groszki. Wyglądała troszkę śmiesznie, na szczęście nie była zbyt wysoka, dlatego mogła udawać choć na ten jeden wieczór Myszkę Minnie. Po za tym pocieszała siebie, że nie jako jedyna w ten dzień będzie tak dziwnie wyglądać.
Kiedy ludzie zaczęli się schodzić, okazało się, że mieszkanie nie jest tak duże do pomieszczenia tylu osób. Drzwi już się na zamykały, a głośna muzyka sączyła się głośników, pożyczonych od jednego ze studentów. Przy suficie wisiało wiele imitacji dyni oraz wiedźm. Do tego przydymione światła oraz poncz w plastikowych kubkach. Zabawa żyła swoim życiem.
Za to Bella stała w jednym z wolnych kątów. Popijała swój czerwony poncz, który z taką dokładnością parę godzin wcześniej przygotowywał Lino i próbowała choć raz przestać wszystkim się zamartwiać. Jednak nie wychodziło jej to. Patrzyła na rozweselone miny ludzi poprzebieranych w najróżniejsze kostiumy i nie potrafiła odpowiedź na proste pytanie: po co zgodziła się na to wszystko.
-Nie zamierzasz się dzisiaj bawić? – usłyszała głos docierający zza baru. Lino podszedł bliżej niej i trochę niezgrabnie ukłonił się, po czym machnął ręką i stwierdził, że jeszcze musi nad tym popracować.
Bella westchnęła głośno, nadal sącząc swój napój przez słomkę. Miała nadzieję, że w tym rogu jest niezauważalna i że taka możliwość podpasuje wszystkim ludziom, tak jak pasowała jej. Niestety Lino nie chciał dać za wygraną i po raz kolejny zapytał ją o to samo.
-Nie zamierzasz się dzisiaj bawić? – dziewczyna w odpowiedzi wzruszyła ramionami. – Dlaczego? – nalegał. Na co ona po raz kolejny westchnęła.
Chłopak podszedł bliżej, oparł się o ścianę w ten sam sposób, co Bella i spojrzał po salonie pełnym tańczących i śmiejących się ludzi.
-Chodzi o Niego, prawda? – zapytał, po dłuższej chwili milczenia, mając nadzieję, że nie narzuca się.
-Przepraszam. – rzuciła szybko i jeszcze szybciej wyszła z mieszkania, omijając chłopaka w przebraniu zombie, który nagle i niespodziewanie pojawił się drzwiach.
Zbiegła po schodach i wyszła przed blok. Muzyka niosła się echem po wielkiej, opustoszałej ulicy, gdzie nawet połowa świateł nie świeciła, tworząc prawdziwie halloweenowy klimat, a ona wyciągnęła paczkę papierosów i odpaliła jednego. Zimny wiatr wiał dość mocno. Czuła, jak chłód przenika ją i powoli zaczyna się trząść. Ale nie zamierzała wracać. Miała ochotę zapalić jeszcze jednego i jeszcze jednego papierosa, żeby jak najdłużej zwlekać z powrotem na górę.
Zaciągała się papierosem raz po raz, patrząc gdzieś przed siebie. Sama nie wiedziała, dlaczego tak się zachowuje, może po prostu chodziło o to, że właśnie w tym momencie chciała być w gorącej Parmie. A może po prostu nie miała dzisiaj ochoty na żadne imprezy i jej jedynym marzeniem był spokojny wieczór w swoim pokoju...
Zimny materiał powoli osunął się po jej odkrytych ramionach. Odwróciła się. Stał za nią Lino. Nawet nie słyszała, kiedy tu przyszedł, ale najwyraźniej wiedział czego teraz potrzebowała, bo uśmiechnął się lekko, wyciągnął z kieszeni dwa cukierki czekoladowe i wysunął w jej stronę otwartą dłoń.
Bez słowa wzięła jednego cukierka i rozwinęła go z papierka. Miał kształt kościotrupa. Naciągnęła mocniej na ramiona marynarkę Lino i skosztowała czekoladowego straszydła. Na twarzy pojawił się nikły uśmiech.
Przez kilka minut stali w całkowitej, niezręcznej ciszy. Patrzyli wspólnie gdzieś przed siebie, z lekkim zakłopotaniem, jakby próbowali jak najszybciej wynaleźć jakiś temat do rozmowy. Nagle pierwsza odezwała się Bella.
-Przepraszam, że zachowuję się jakoś dziwnie, ja po prostu.... – przerwała, spojrzała na resztki czekolady, która zaczynała rozpuszczać się w jej dłoniach, po czym dokończyła. – ja po prostu nie znam nikogo...
-Tak... – Lino uśmiechnął się lekko, wydmuchał z płuc szary dym i dodał. – Szczerze powiedziawszy ja też nie znam tych wszystkich ludzi.
Bella zaprzeczyła ruchem głowy z niedowierzaniem. Stwierdziła jeszcze na głos, że Lino głupkowato wygląda z tymi namalowanymi wąsami i nadal ani trochę nie przypomina muszkietera.
W myślach dodała, że nadal był tym samym Lino, który kiedy zastanawiał się nad czymś nerwowo przytrzymywał dłoń przy ustach, a potem nerwowo mierzwił swoje pół długie włosy.
Za to ona nie mogła powiedzieć o sobie, że nadal była. Od pewnego czasu wegetowała. Życie w Moraine było zbyt szare na jej wyszukane marzenia. Nadal nie znalazła pracy, nie próbowała wrócić do szkoły. Czuła, jak dni przeciekają jej bezpowrotnie przez palce, pomimo tego, że próbuje je tak skrupulatnie utrzymać.
-Lino... – mruknęła nagle, kiedy skończyła już jeść swoją czekoladkę. Chłopak spojrzał na nią, wyczekując, co ma mu do powiedzenia. Złapała go za ciepłą dłoń i dodała. – Chodźmy się bawić. Nie chcę tutaj zamarznąć....

komentarze [1]

>> poniedziałek, 14 stycznia 2008 18:42:19
już dużo mam kolejnej części. mam nadzieję, ze niedługo znowu coś tam wstawię.
no i gdzie te czasy, że codziennie coś tu było?...
komentarze [1]

Pewna uliczka w Parmie..14 >> niedziela, 28 października 2007 16:06:07
Nareszcie nowa część. Święto narodowe! Miłego czytania.



Siedziała na oknie, bawiąc się papierosem. Wszystko płynęło gdzieś wkoło, a ona była tu i teraz, w swoim świecie. Czuła, jakby czas się zatrzymał, jakby była gdzieś pomiędzy czasoprzestrzenią, nie martwiąc się o nic. Potrzebowała takiego dziwnego spokoju, ciszy, którą tak świetnie się bawiła.
-Mam nadzieję, że pokażesz mi całe miasto, Bella. - do salonu wszedł Lino, trzymając w dłoniach dwa kubki wypełnione po brzegi kawą. - Bella... - mruknął jej imię ponownie, widząc, jak bardzo skupiona jest na balansującym pomiędzy jej palcami niezapalonym papierosie. Nie odpowiedziała mu.
Dopiero, kiedy postawił na parapecie jej kawę, zauważyła go. Obdarzyła go nieobecnym uśmiechem i mocno objęła kubek gorącej kawy w swoje delikatnie dłonie. Zrobiła miejsce dla niego i oparła się o szybę zamkniętej połówce okna. Lino usiadł obok.
Na dłuższą chwilę nastała niemiła cisza, tylko samochody, które tworzyły korek na ulicy, swoim klaksonami rozdzierały spokój oraz kawową parę. Bella zrobiła kilka niewielkich łyków, czując, jak powoli robi się jej coraz cieplej od środka. Kawa z Moraine nie była najlepsza, ale czasem za to zbawienna.
-Jesteśmy tutaj od jakiś sześciu godzin, ale szczerze mówiąc, już brakuje mi Parmy... - Lino uśmiechnął się lekko. Bella oparła policzek o kubek kawy i po raz kolejny odwzajemniła jego uśmiech. - Ciekawe, jaka jest teraz pogoda tam... Pewnie świeci słońce... - chłopak nerwowo zmierzwił swoje włosy. Wiedziała, że jest mu ciężko, bo tak naprawdę Lino nigdy nie wyjeżdżał tak daleko od domu, tak daleko od siostry bliźniaczki Fii, ani od swojej ukochanej Cioci Mercede.
-Nie martw się, jeszcze nie raz zobaczysz słońce w Parmie i jeszcze nie raz Ci ono zbrzydnie. - Bella dotknęła jego ramienia. Szybko pokiwał głową, że rozumie, chociaż dobrze widziała po jego minie, że jest inaczej. Sama też już tęskniła. Próbowała nie myśleć o tej tak wielkiej odległości, o tym oceanie, który dzielił ją od Niego. W kółko pocieszała się, że są telefony, że usłyszy go, że może niedługo go zobaczy, ale z drugiej strony nie była pewna. Podbudowywała samą siebie, żeby za chwilę znów poczuć, jak ogrania ją beznadziejność i samotność.
Powoli ściągnęła dłoń z ramienia Lino. Wydawało się jej, jakby nie był z tego faktu zadowolony. Utkwiła swój wzrok w ciemnym płynie i znów zaczęła pocieszać samą siebie.
-Macie tu w Moraine jakieś kino? - zapytał. Bella czuła na swoich plecach zimno szyby, o którą się opierała. Przymknęła na chwilę oczy.
-Jest jedno, czy dwa... - odpowiedziała od niechcenia, a kiedy otworzyła znowu oczy, widziała, jak powoli w pokoju robi się coraz ciemniej. Słońce znikało za budynkami, drzewami, a w salonie nie świeciło się żadne światło. Szybko zeskoczyła z parapetu i zapaliła dużą lampę stojącą w kącie. Na jej białym, papierowym kloszu zebrało się wiele kurzu. Tak dawno tu nie była, tak dawno tu nie było Chrisa. Stała w miejscu patrząc na świecącą się lampę. Tęskniła..
Usłyszała, jak Lino zeskakuje z parapetu. Podszedł bliżej niej.
-Może wybierzemy się do kina? - zapytał niepewnie. Nieobecnym głosem odpowiedziała, że się zgadza. Widziała, jak Lino gasi lampę i odchodzi, mrucząc coś, że muszą się ciepło ubrać, bo Moraine to nie Parma.
Bella niechętnie ruszyła za nim. Czuła, że jedynym ukojeniem na jej tęsknotę jest przebywanie właśnie tu, gdzie jest tyle rzeczy związanych z Chrisem. Jednak ubrała buty, założyła kurtkę i zamknęła, jako ostatnia, mieszkanie na klucz.
-Prowadź. - Lino przepuścił ją przodem. Szli prawie pustą ulicą. Tak odmienną od tej parmeńskiej. Tutaj było ciemniej, bardziej ponuro, trochę niebezpiecznie, nawet ich cienie smętnie ciągnęły się za nimi.
-Ach, gdyby Moraine dało się zamienić w Parmę.... - chłopak schował ręce głębiej w kieszenie płaszcza i rozejrzał się dookoła na obskurne budynki. Nawet nie zauważył, jak Bella zatrzymała się nagle przed jednym z takich brudnych miejsc. Patrzyła na napis, który iskrzył się ostatkami sił nad dwuskrzydłowymi, niedomkniętymi drzwiami.
-Kino Italiano. - przeczytał na głos. - W końcu w domu. - dodał po włosku, spiesząc się za Bellą, która z całej siły nacisnęła wielką klamkę i już wchodziła do środka. Tam było przytulniej niż na dworze. Przydymione światło w półokrągłej sali wydobywało się zza zakurzonych, trochę uszczerbionych lamp. Na ścianach, oklejonych starymi tapetami, wisiały także stare plakaty promujące filmy. Na wprost nich były kolejne drzwi. Też niedomknięte, zza których wydobywało się głośne stukanie starego projektora filmowego.
Bella spojrzała na trochę zdziwionego Lino.
-Chodź. - szepnęła, po czym udała się w stronę drzwi. Uchyliła je lekko. W ciemnej sali, na białym płótnie, wyświetlany był stary film. Po omacku znaleźli miejsca w ostatnim rzędzie i zasiedli w małej, wyziębionej, pachnącej kurzem sali. Zdążyli, bo film dopiero się rozpoczął...



-Cześć... - mruknęła, czując, jak jej twarz wygina się w jakimś dziwnym grymasie. - Jak leci? - dopowiedziała ostatkiem i tak przyspieszonego oddechu. W słuchawce usłyszała cichy śmiech.
-Część. Spodziewałem się milszego przywitania. - oparła się wygodniej o ścianę i spojrzała na ulicę jeszcze ciemną. W Moraine słońce dopiero wschodziło, a u Niego było już prawie popołudnie. - U nas w porządku. Mam dzisiaj pierwsze badania... - na bardzo krótką chwilę zapanowała dziwna cisza. Bella wiedziała, że się denerwuje, sama też to czuła, chociaż wolała się przed Nim nie przyznawać. - Nie boję się, Bella. - dodał, kiedy mu nie odpowiedziała. Zaśmiała się cichutko, a w oczach poczuła łzy.
-Powiesz mi o wynikach, prawda? - zapytała, ostatkiem sił powstrzymując się od łez. Miała taką wielką ochotę przytulić się do Chrisa, poczuć, czy naprawdę się nie boi. Nie była dobra w odgadywaniu prawdy i fałszu na odległość.
-Oczywiście. - odpowiedział spokojnie, po czym dodał. - To co tam u was?
-Zabrałam Lino do kina, pokazałam mu miasto, to chyba wszystko.
-Mam nadzieję, że spodobało mu się Moraine..
-Chris, jeśli zobaczysz Moraine nie ma możliwości, żeby Ci się spodobało. Nawet Lino stwierdził, że to okropne miasto.
-Przesadzasz.
-Nie, nie przesadzam, mówię prawdę. - Bella poruszyła się w miejscu i nakreśliła palcem kilka szlaczków na szybie. Znów zapanowała niezręczna cisza. Ciężko było skupić się na czymś innym niż choroba Chrisa. Po za tym obojgu brakowało słów do wyrażenia wszystkich uczuć.
Dziewczyna zaśmiała się do słuchawki, czując, jak dwie niesforne łzy zaczynają spływać po jej policzkach.
-Zapłacisz fortunę za telefon. - mruknęła.
-Może być, to i tak niewiele za to, że mogę usłyszeć twój głos. - poczuła miłe, przyspieszone bicie serca.
-Chris, ja tęsknię... - mruknęła cicho, mając nadzieję, że jej nie usłyszał.
-Ja też. - odpowiedział spokojnie. Nagle słuchawka zaczęła szeleścić, a w tle było słychać głos Fii.
-Mało mnie to obchodzi, dawaj, muszę pogadać z Lino. - słowa zaczynały być coraz bardziej zrozumiałe. Fia wypowiedziała jeszcze kilka słów jednym tchem, po czym w końcu odezwała się do słuchawki do Belli. - Cześć. Daj mi brata.
-Śpi. - odpowiedziała, zeskakując z parapetu i zaglądając w stronę uchylonych drzwi, gdzie na łóżku leżał Lino. - Porozmawiasz z nim później.
-Nie, nie. - zaprzeczyła szybko Fia. - Muszę teraz. Budź go.
Bella przewróciła oczami, mruknęła, żeby dziewczyna poczekała i szybko przeszła do drugiego pokoju. Delikatnie dotknęła ramienia Lino, leżącego na łóżku, i cicho wypowiedziała jego imię. Chłopak mruknął niezadowolony i przewrócił się na drugi bok.
-Fia chce z tobą rozmawiać. - wytłumaczyła Bella.
-Powiedz jej, żeby zadzwoniła o bardziej ludzkiej godzinie. - odpowiedział jej. Dziewczyna pokiwała twierdząco głową i bez negocjacji, udała się w stronę salonu. - Aha, i rozmawiaj trochę ciszej z Chrisem, dziękuję. - dodał Lino.
Zamknęła za sobą drzwi i lekko zmieszana powróciła do telefonu, gdzie nadal czekała Fia. Po chwili potok włoskich słów zalał ucho Belli. Co drugie zrozumiałe słowo dało Belli jako-taki obraz tego, o czym Fia chciała porozmawiać z Lino.
-Dziekanat przysłał pismo na parmeński adres, bo mój kochany braciszek zapomniał podać nowy adres zamieszkania. Po za tym doczytałam się w tym liście, że Lino nie spełnił wszystkich warunków umowy i musi jak najszybciej zgłosić się do dziekana, bo inaczej będzie z nim źle....
-...Powiem mu o tym, jak się obudzi. - Bella przerwała jej. - A teraz daj mi jeszcze Chrisa do telefonu. - dodała już mniej stanowczo, wiedząc, że Fia nie będzie zadowolona. Słychać było, jak słuchawka znów szeleści, a Fia obrażonym głosem mówi Chrisowi, żeby już kończył rozmowę.
-Obraziła się. - oznajmił Belli, kiedy znów otrzymał telefon. Dziewczyna wzruszyła ramionami.
-Przejdzie jej. - dodała.
-Muszę iść.... - Chris zawahał się na chwilę, po czym dodał. - Zadzwonię do Ciebie, jak będą już wyniki badań.
-Będę czekać. - znów poczuła, jak jej twarz wykrzywia się w niemiłym grymasie. Usłyszała jeszcze niezręczne 'pa', po czym kilka długich sygnałów. - Pa... - szepnęła sama do siebie, odkładając telefon na parapet.
I znów poczuła, jak strasznie tęskni. Takiej pustki nie czuła nigdy w swoim życiu. Zachciało się jej płakać, bo odległość pomiędzy nimi znów zwiększała się, zamiast pomniejszać; a dodatkowo te badania, które mogły zaważyć o wszystkim.
Usłyszała ciche skrzypienie drzwi. W drzwiach sypialni stanął zaspany Lino. Po minie Belli wywnioskował, że chce być teraz sama, więc szybko bez słowa przeszedł do kuchni.
Dziewczyna oparła się mocniej o zimną ścianę i znów wyjrzała przez okno. Niebo zarumieniło się różnymi odcieniami czerwieni i różu. Na szczęście rozjaśniało tą niemiłą atmosferę w około...

komentarze [2]

Pewna uliczka w Parmie 13 >> czwartek, 20 września 2007 10:40:51
13-ste, pechowe? Miłego czytania.


Siedząc tak na dachu, wsłuchując się w tętniące życiem miasto, nagle dowiedziała się, że Chris ma zapewnione innowacyjne leczenie w klinice, która znajduje się właśnie w Parmie. Ze zdziwieniem odkryła nieznaczne podekscytowanie w głosie Chrisa, kiedy mówił jej o tym. Ale już chwilę później jego ton głosu zmienił się na taki suchy, niemiły, a wszystko w związku z nią.
-A co ze mną? - niepotrzebnie zapytała.
-Wyjedziesz, najlepiej z powrotem do Moraine. Zamieszkasz u mnie, a ja jakoś sobie poradzę. - odpowiedział. Bella oparła głowę o jego ramię, czując, jak jej oczy napełniają się łzami.
-Ja nie chcę Cię zostawiać. - to był szczyt bezradności, nie potrafiła zmusić się do czegoś silniejszego, do jakiegoś racjonalnego zdania. Po prostu była kolejną przeszkodą. Chris pogładził jej delikatny policzek, na który wypłynęło kilka łez.
-Przecież mnie nie zostawisz. Ja Ciebie też nie zostawię. Będę dzwonić codziennie.
-Obiecujesz? - oderwała się od jego ramienia i spojrzała z nadzieją w jego oczy. Uśmiechnął się lekko.
-A ty obiecujesz nie płakać? - znów wytarł kilka łez z jej policzka. Lekko otwarła usta, chciała mu już odpowiedzieć, kiedy on zaczął mówić dalej. - I tak zawsze będziesz dla mnie ważna, czy to uśmiechnięta, czy to zapłakana.
Przytuliła się do niego z całych sił. Gdyby mogła teraz, w tym momencie, zapomnieć o wszystkim i zachować to miłe wspomnienie rozgrzanego słońca Parmy na swojej szyi i spokój bijący od Chrisa, zapłaciłaby każdą cenę, żeby odciąć się od złego i pozostać przy tym dobrym..

Lino niósł dwie walizki. Bella posępnie szła za nim. Terminal, ten sam, który ujrzała tuż po przylocie do Parmy, tym razem wydawał jej się taki brzydki, szary, a w każdym kącie czaiły się jej łzy.
-Belladonna, pospiesz się! - usłyszała głos Lino. Wepchnęła głębiej ręce w kieszenie spodni i przyspieszyła kroku. Gdzieś za nią biegli Chris wraz z Fią. Przeciskali się przez tłumy ludzi, bo Lino tak szybko próbował dotrzeć do odpowiedniego wejścia.
W końcu zatrzymał się gwałtownie, rzucił walizki na ziemię i odwrócił się do Belli, która patrzyła na niego smutnym wzrokiem.
-Tylko nie mów, że teraz chcesz się wycofać.
-A mogę? - zapytała z nadzieją. Lino postukał palcem w jej czoło.
Fia wraz z Chrisem dołączyli do nich. Wyglądali na podenerwowanych.
-No... - dziewczyna odgarnęła swoje lśniące proste włosy do tyłu i nieznacznie kiwnęła głową.
-Czas się pożegnać... - dopowiedział Lino za siostrę, która w ciągu kilku nanosekund przytuliła najmocniej, jak tylko potrafiła Bellę i już rozpoczęła płakanie w jej ramię.
-Jak ja bez Was wytrzymam? - zawyła w ramię przyjaciółki. Bella lekko pogładziła jej rękę, którą Fia tak mocno ją ściskała, po czym krzywo uśmiechnęła się w stronę Lino, żeby ten coś poradził, bo jej już zaczyna brakować oddechu.
-Fistaszku, przecież nie wyjeżdżamy na całe życie. - chłopak prawie że oderwał Fię od Belli. Tym razem dziewczyna przywarła do brata i to jemu zaczęła głośno płakać w ramię. Wyglądało to przekomicznie, bo tym razem to Lino próbował oswobodzić się z uścisku siostry, ale ona za każdym razem na nowo łapała go wpół i znów kładła swoją załzawioną twarz na jego ramieniu, jęcząc, że będzie za nim tęsknić.
W tym samym czasie Bella ominęła rodzeństwo i przystanęła bliżej Chrisa. Z nim także musiała się pożegnać. Już kilka dni wcześniej, przed wyjazdem, rozmyślała, co właśnie w tym momencie mu powie. Ale żadne słowa nie były odpowiednie. Dlatego, kiedy tak stała przed nim i co chwilę speszona spoglądała na niego, czuła całkowitą pustkę w swoim umyśle.
-Nie wiem co powiedzieć... - usłyszała jego głos. Uśmiechał się lekko, chowając dłonie w tylne kieszenie znoszonych jeansów.
-Zadziwiające, bo ja też nie wiem, co mam Ci powiedzieć... - Bella znów spuściła wzrok, wlepiając go w podłogę.
-Belladonna... - mruknął nieznacznie, gdy w tym samym czasie Lino zaczął wydzierać się na Fię, żeby przestała odstawiać szopki. - Belladonna... - powtórzył, a Bella podniosła głowę. - Będziesz na mnie czekać?
Dziewczyna wspięła się na palcach, jedną rękę delikatnie położyła na ramieniu Chrisa i złożyła całusa na jego ustach. Nie mogła odpowiedzieć w inny sposób, bo znowu miała pełno łez w oczach. Szybko podbiegła po swoją walizkę i widząc, że to najlepszy moment, bo Lino nareszcie oswobodził się z uścisku swojej siostry, mruknęła, że powinni już iść, po czym ruszyła w stronę odpraw.
Kiedy byli już w tunelu, biegła prawie jak szalona, żeby jak najszybciej znaleźć się we wnętrzu samolotu i żeby nie mieć ponownej ucieczki stamtąd. Opadła na niewygodny fotel tanich linii lotniczych, przymknęła oczy i westchnęła głośno. Obok niej Lino szamotał się z podpórką na rękę.
Próbowała nie wybuchnąć histerycznym płaczem, ale kiedy otworzyła ponownie oczy, a przed jej nosem znajdowała się dłoń Lino wraz z opakowaniem chusteczek, nie wytrzymała. Wzięła od niego paczuszkę i głośno wydmuchała nos.
-Nie martw się, wszystko będzie w porządku. - mruknął Lino. Nie poradził sobie z podpórką na rękę i jego łokieć wciąż zjeżdżał z fotela. Westchnęła głośno, przełykając kolejne łzy. Pomyślała, że najlepiej będzie, kiedy zostawi łzy na później.
-Chcesz zamienić się miejscami? - zapytała.

Bawiła się parasolką od drinka, który zamówił specjalnie dla niej Lino. Kolorowy kawałek papieru kręcił się w jej palcach, zlewając w jedną całość. Spoglądała na to z żalem.
-Jesteś jakaś nieobecna... - zaczął Lino. Wzruszyła nieznacznie ramionami. Mieli za sobą 5 godzin podróży, każdy byłby nieobecny po takim czasie spędzonym w samolocie. - Bella, co jest? - nalegał.
-Nic. - odpowiedziała, przestając na chwilę kręcić parasoleczką w rękach.
-Martwisz się, jak to będziesz? - zaśmiała się cicho pod nosem.
-Lino, a ty się nie martwisz? - odpowiedziała pytaniem, a kiedy spoglądał na nią, czekając na dalszy ciąg, zaczęła wyliczać. - Wyjeżdżasz do obcego miasta. Będziesz tam studiował przez jakiś czas. A całe życie zostawiasz za sobą gdzieś w Europie. Czy ty w ogóle wiesz, że Amerykanie mają gdzieś Europę i nawet dokładnie nie wiedzą gdzie to jest, a tym bardziej nie mają pojęcia, że to tysiące cudownych miejsc? Zostawiasz za sobą wszystko. Nie boisz się?
-Ani trochę, bo mam Ciebie i jakoś dam sobie radę.
-Lino... - Bella przełknęła kilka gorzkich słów, które cisnęły się na jej usta. Wiedziała, że nie powinna tak od początku go zrażać, ale z drugiej strony Moraine to nie był raj na ziemi.
-Jakoś to będzie, Belladonna. - chłopak uśmiechnął się wesoło i zostawił swoją parasoleczkę w jej włosach. Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo. Wiedziała, że jakoś to będzie, tylko co z tego, jeśli i tak bała się tego 'jakoś'...

komentarze [2]

Pewna uliczka w Parmie 12 >> sobota, 15 września 2007 18:32:49
Powracam. Mam nadzieję, że tęsknili chociaż nieliczni i dalsze części spodobają się wam. Miłęgo czytania życzę.


-Wychodzę. - mruknęła zdawkowo, stając w drzwiach salonu. Chris siedział przed telewizorem, trzymając na kolanach kilka białych kartek oraz ołówek. Wyrwała go z zamyślenia. Spojrzał na nią i nieznacznie kiwnął głową, że zrozumiał. Wyszła zamykając za sobą drzwi. Na schodach siedział Lino, czekał na nią. Uśmiechnęła się lekko i przystanęła na schodku wyżej. Chłopak wstał. Odwzajemnił uśmiech, podał jej dłoń i po chwili szli już ulicą, rozmawiając. Bella nie miała ochoty rozmawiać o chorobie Chrisa, więc kiedy tylko ich jeszcze przed kilkoma minutami, miłe pogaduszki zeszły na ten temat, ucięła krótko i niemiło.
-Nie chcę o tym rozmawiać.
Nie miała ochoty po raz kolejny słuchać złudnych nadziei. Wszyscy wkoło niej próbowali pocieszać ją pustymi słowami, że jest dobrze, że będzie jeszcze lepiej, a ona nie chciała słuchać. Ona była głucha. Wystarczyło, że w jej głowie tłoczyły się i dudniły jej własne myśli.
Znaleźli przytulną knajpkę. Zamówili wymyślne drinki i miło spędzili kilka godzin. Aż nie chciało się wracać do domu, do tej dziwnej, chorej sytuacji, która tam panowała. Dlatego Bella wciąż przeciągała wyjście z małego, trochę dusznego miejsca. A kiedy w końcu zamknęli za sobą drzwi lokalu, próbowała wracać do domu najbardziej okrężnymi drogami, jakie znała. Jednak to i tak nic nie pomogło, bo kiedy chciała, żeby czas płynął powoli, to on zaczynał swój szalony bieg, i zanim się obejrzała nastał już kolejny dzień.
-Belladonna.. - zawołał wesoło Lino, a jego głos odbił się echem po wąskiej, szczelnie zabudowanej małymi kamieniczkami, uliczce. Dziewczyna stanęła w progu kamienicy. Chłopak podszedł bliżej niej. - Och, Belladonna... - powtórzył, nieprzytomnym wzrokiem spoglądając na nią z bardzo bliska. Delikatnie dotknął jej czarnych włosów i przybliżył się do niej jeszcze bardziej.
-Lino... Cholernie się boję... - szepnęła cicho. - Napiłbyś się ciepłej herbaty ze mną? - dodała, kiedy dalej głaskał jej niesforne loki. Chłopak uśmiechnął się nieznacznie.
Weszli do środka kamienicy. Bella najciszej, jak tylko potrafiła, otworzyła drzwi mieszkania i zapaliła tylko malutką lampkę w przedpokoju. Kazała Lino iść do jej pokoju, a sama udała się do kuchni. Zaparzyła gorącą herbatę, pamiętając o tym, że Lino nie słodzi. Kilka minut później zamknęły się za nią drzwi od jej pokoju. Włączyła cicho muzykę i zasiadła na łóżku koło Lino wraz kubkiem wrzącego napoju w rękach...

Nalała sobie mleka do miseczki i wsypała garść płatków. Ciągle spoglądała tylko w miskę, nie podniosła wzroku, nie powiedziała ani słowa do Chrisa. Usiadła naprzeciw niego i w ciszy zaczęła jeść. Patrzyła wszędzie, tylko nie na miejsce, w którym siedział jej przyjaciel.
-Spał tutaj? - zapytał nagle. Bella wzruszyła ramionami. - Po prostu powiedz mi, czy coś was łączy, a ja to zrozumiem. - mówił dalej. - Chociaż nie zrozumiem jednego - czy aż tak ciężko pojąć, że ja też do Ciebie coś czuję?
-Chris, nie chcę teraz o tym rozmawiać. - odpowiedziała nieznacznie, mieszając mleko łyżką. Czuła się w jego obecności taka skrępowana, zdenerwowana, jakby bała się, że za chwilę całkowicie go straci.
-A kiedy będziesz chciała w ogóle ze mną rozmawiać? Jeśli Cię uraziłem, to przepraszam, ale nie zachowuj się, jak tchórz, porozmawiaj ze mną wprost.
-Nie chcę. - mruknęła cicho, po czym dodała. - Po za tym nie mamy o czym rozmawiać.
Chris przewiesił jedną rękę przez oparcie krzesła. Spokojnym, pewnym wzrokiem spoglądał na Bellę. Wystarczyło, że tak właśnie na nią patrzył, a ona czuła, jak pali się ze wstydu.
-Powiedz mi tylko jedno, a później dam Ci spokój. - zaczął ponownie. - Dlaczego Lino, a nie ja, chociaż odważyłem się?
-Bo wiem, że on nie umrze lada dzień. - palnęła bez zastanowienia, nadal mieszając płatki oraz mleko w swojej miseczce. Kiedy zrozumiała, co powiedziała, łyżka wypadła jej z rąk. Spadła na podłogę. To był jedyny dźwięk, który rozdarł dziwną, napiętą ciszę. Rzuciła krótkie spojrzenie Chrisowi. Nadal patrzył na nią tak samo spokojnie. Nie był zły. Wyglądał, jakby się nad czymś głęboko się zastanawiał. Spuściła głowę, łzy przyszły same. Chciała przeprosić, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Gdyby tak samo było chwilę wcześniej, nie powiedziałaby tego, co tak nagle wypłynęło z niej. Tak naprawdę, w głębi duszy nie myślała w taki sposób o tym wszystkim. Przecież pomiędzy nią a Lino, tak naprawdę nic nie było.
Za to Chris nadal milczał. Chciała krzyknąć, żeby powiedział cokolwiek, żeby jej wybaczył, ale potrafiła tylko zalać się kolejnym potokiem łez.
Chłopak wstał od stołu i bez słowa wyszedł z kuchni. Słyszała tylko, jak trzaska drzwiami swojego tymczasowego pokoju. Wiedziała, że źle postąpiła, ale on tak naciskał, a ona poczuła się taka zagubiona.
Nie pamiętała, jak znalazła się na dachu. Była w takim szoku, że kilka kolejnych minut spędziła, jakby zawieszona pomiędzy prawdziwym światem, a światem swoich myśli. Czuła, że żyła tylko myślami, jakby nie musiała oddychać.
Usiadła na ciepłej dachówce i znów rozpłakała się. Nie cieszył jej widok rozgrzanej słońcem Parmy, ani niebo, ani spokój, który w postaci świeżego powiewu wiatru próbował ją opleść i wesoło pocieszyć, świszcząc w jej uszach. Chciała wypłakać swój gniew. Zrozumiała, że to gniew powodował lawinę wszystkich zdarzeń, słów które wypowiadała. Po prostu nie potrafiła pogodzić się z tym, o czym od niedawna wiedziała, nie potrafiła żyć i normalnie funkcjonować obok tej najgorszej myśli, że straci najbliższego jej przyjaciela. Miała nadzieję, że złością pokona wszystkie przeciwności losu.
Podkuliła nogi, schowała twarz w dłoniach i znów zapłakała głośno. Teraz znalazła się w ślepym zaułku. Nie wiedziała, co ma zrobić, co powiedzieć, bo wszystko było dla niej za trudne. Nawet zdecydowanie się na to, czy nadal jest dzieckiem, czy może już dorosłą, było teraz niemożliwe. Bo tak chciała poczuć, co to znaczy beztroska, a z drugiej strony chciała stawić czoło wszystkim przeciwnościom.
Usłyszała czyjeś kroki. To był Chris. Usiadł na drugim końcu dachu. Wyciągnął papierosa i odpalił go. Nie patrzył na Bellę, patrzył gdzieś przed siebie. Był bardzo skupionym na tym czymś; może był to fragment chmury, który wciąż podróżował po niebie, może po prostu coś, czego ona nie widziała.
-Chris, ja przepraszam, ja tak nie myślę... - wydukała, a kolejne łzy znowu pojawiły się w jej oczach.
-Nic nie szkodzi. - odpowiedział spokojnie, zaciągając się papierosem.
-Przepraszam. - powtórzyła, ale wiedziała, że powtarzanie tego słowa nie pomoże. Tylko jak mogła mu pokazać, że naprawdę żałuje tego, co powiedziała? Westchnęła głośno i schowała znów twarz w dłoniach.
-Wiesz, ja już przyzwyczaiłem się do tej myśli... – zaczął Chris, nadal patrząc gdzieś przed siebie. - I często spotykałem się z tym, że kiedy komuś powiedziałem o swojej chorobie, widziałem w oczach rozmówcy jakiś strach, jakieś politowanie, bo czeka mnie śmierć. Ale ja wierzę i mam nadzieję, że ty też mi uwierzysz. Przecież ja nadal mogę normalnie żyć.
Milczała. Nie miała pojęcia, co mogłaby mu odpowiedzieć. Tysiące myśli kłębiło się w jej umyśle, a uczucie narastającej paniki, powodowało, że zalewała się kolejnymi falami łez. Ona też chciała normalnie żyć, ale bała się wszystkiego, tego, co wie, czyli choroby, ale bała się także tego, czego nie wiedziała, czyli przyszłości.
-Boję się, Chris... - załkała głośno.
Chłopak podniósł się ze swojego miejsca i przeszedł cały dach. Usiadł obok Belli. Delikatnie dotknął jej dłoni.
-Nie martw się, ja tu nadal jestem. - szepnął cicho, bojąc się, by każdy nawet najmniejszy jego ruch nie spowodował, że ona rozpadnie się na tysiące małych kawałków...

komentarze [2]

Pewna uliczka w Parmie 11. >> wtorek, 31 lipica 2007 23:06:15
I zrobiłam z tego tani melodramat klasy C. No cóż, ale coś musi się dziać, przeciez nie można przez 20 odcinków opisywać tylko jedno zdarzenie, na którym się skupisz, bo to staje się nudne. A tak jest ciekawiej, bardziej dramatycznie. Długo zastanawiałam się, czy tak, czy może nie, bo to naruszanie świętości. No ale. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.



W drzwiach stanął Chris. Wymownie spojrzał na Lino, który powoli uwolnił się z uścisku Belli i wyszedł z pokoju, mrucząc pod nosem, że powinni poważnie porozmawiać. Zamknął za sobą drzwi. W pokoju zapanowała dziwna cisza. Bella nadal siedziała na podłodze, delikatnie dotykała guziczków adaptera, jakby znów miała ochotę włączyć piosenkę. Za to Chris usiadł na łóżku. Na jego twarzy zagościł krzywy uśmiech. Czując się dość niezręcznie.
-Belladonna... - zaczął. Podniosła głowę do góry i spojrzała w jego oczy. Zawahał się. Nie lubił, kiedy patrzyła właśnie w taki sposób na niego. Jej duże oczy były przepełnione złością, poplątaną ściśle wraz z dziwną odwagą, która dodawała jej skrzydeł, a jej język przeobrażała w bardziej cięty niż zwykle. - Belladonna... - powtórzył, łapczywie chwytając powietrze. Z nerwów wyciągnął zapalniczkę z kieszeni i zaczął ją odpalać. Dziewczyna spoglądała to na niego, to na pojawiający się płomień, a on mówił, zdawkowym tonem, trochę chaotycznie, bo zbyt dużo myśli kłębiło się w jego głowie. - Posłuchaj. To nie moja wina, że zachorowałem. Nie wiem, czy to rodzinne, czy może po prostu miałem pecha. Nie chcę tego wiedzieć. Za to jednego jestem pewien, że jesteś jedną z kilku osób, dla której nadal chcę żyć. To dla Ciebie walczę, to wiem na pewno. Nie poddałem się i nie zamierzam. Walczę. Lekarz powiedział mi, że mam duże szansę. Znaczy tak myślę. Fia tłumaczyła mi to, co mówił do mnie ten włoski lekarz w szpitalu. Nawet jeśli wydał na mnie inny wyrok, to ja i tak wierzę w to, że wyzdrowieję.
Zimne łzy na gorących policzkach Belli, Chris nie mógł tego znieść. Usiadł na podłodze obok niej. Chlipała cichutko.
-Bella, Belladonna, posłuchaj mnie, Bella... - powtarzał, ale ona zamknęła przed nim swoje uszy, już nie chciała niczego słyszeć. Wstała z podłogi i już chciała wyjść, kiedy złapał ją mocno za rękę. - Nie wychodź, proszę.
-Nie mogę słuchać tych kłamstw, bo co jeśli będzie inaczej? Gdyby wszystko było w porządku nie trafiłbyś do szpitala. - odburknęła, uciekając od niego wzrokiem. Chris westchnął głośno.
-Nie zachowuj się, jak dziecko. - jego ton głosu był coraz bardziej nerwowy. Zaśmiała się cicho.
-Ale przecież ja jestem jeszcze dzieckiem, więc mogę zachowywać się, jak tylko chcę!
-Jesteś dzieckiem, kiedy tego chcesz.
-A więc teraz chce być dzieckiem. - chciała wyrwać rękę z uścisku Chrisa, ale nie udało się jej. Chłopak poważnie patrzył na nią, czekając aż w końcu się uspokoi i znów zacznie racjonalnie myśleć.
-Myślałem, że jesteś dorosła, mówiłaś mi to już nie raz. - mówił, a ona próbowała nadal wyswobodzić się z jego uścisku. - Teraz nagle chcesz być tak strasznie dzieckiem, więc może naiwnie uwierzysz mi, że wszystko będzie dobrze?
-Naiwnie?! - prawie krzyknęła. Łzy skrzyły się w jej oczach, a głos łamał się niemiłosiernie, właśnie wtedy, kiedy chciała mu coś powiedzieć. - Zawsze uważałeś mnie za naiwne dziecko, a teraz posługujesz się moją naiwnością.
-Bella, to nie tak... - przerwał jej. - Chcę po prostu wierzyć, że wszystko będzie w porządku. Chcę mieć w tobie podporę.
-Już nic nie mów! - krzyknęła, zatykając uszy. Słaniała się na nogach, tylko nie wiedziała dlaczego. Może jej problemem był wewnętrzny ból, który nagle ogarnął jej ciało? Gdyby mogła, wróciłaby na podłogę, położyłaby się na niej i przeczekała ten najgorszy czas, nie ruszajac się, nie myśląc, nie widząc, nie słysząc. Najbardziej bała się, że będzie zmuszona oglądać śmierć przyjaciela. Ale z drugiej strony, kiedy tylko pomyślała o 'śmierci' od razu karciła się, bo przecież to było niemożliwe, żeby jej Chris, przyjaciel na dobre i na złe, nagle zniknął, nigdy już nie uśmiechnął się do niej, czy też spojrzał jej przejętym wzrokiem w oczy.
-Chris... A co jeśli podpora nie wytrzyma? - wyszeptała cicho. Wyminęła go i usiadła na łóżku. Oddychała ciężko, miała czerwone policzki i przymknięte oczy. Myślała nad czymś. Usiadł na skraju łóżka i złapał jej dłoń. Delikatnie dotykał jej palców.
Dziewczyna otworzyła oczy. Kilka łez wypłynęło na jej policzki. Wygięła usta w lekki, udawany uśmiech. Drżała cała. Bała się całą sobą. Rozumiał ją, bo on także w pierwsze dni, w których dowiedział się o swojej chorobie był wrakiem człowieka. Wtedy potrzebował kogoś, żeby go pocieszył. To była Bella, była przy nim nawet nie wiedząc, że tak mu pomaga swoją obecnością. Teraz wiedział, że on musi być przy niej. Pocałował jej dłoń i także uśmiechnął się lekko.
-Wszystko będzie dobrze, przecież wielu ludzi przeżyło tą chorobę. - pokiwała szybko głową.
-Boję się o Ciebie. - mruknęła. Chris zaśmiał się cicho.
-Wiem i dziękuję.
Bella rozłożyła ręce. Chłopak przytulił ją do siebie i pocałował w czubek głowy. Czuł, jak powoli uspokaja się. Jej serce było gdzieś niedaleko jego, zaczynało zwalniać, zaczynało już rozumieć, a strach ustępował trosce. Delikatnie pogłaskała policzek Chrisa i niechętnie stwierdziła.
-Nawet nie zauważyłam, że zmizerniałeś. - rozczochrał jej włosy. Tak bardzo nie chciał, żeby martwiła się o niego. Ale ona martwiła się w momencie, kiedy on był blisko i kiedy go nie było. Nie potrafiła inaczej.

Leżała w swoim łóżku. Było już późno, miasto osnute snem oddychało lekko, z ulgą śniąc o kolejnym dniu. Księżyc rzucał blask na jej łóżko, dokładnie widziała ramę okna, odbijającą się na jej pościeli. Nerwowo bawiła się kosmykiem swoich włosów. Nie lubiła tego stanu osłupienia, w którym wtedy się znajdowała. Patrzyła gdzieś przed siebie, zaćmionym wzrokiem, nie widząc. Wytężała wzrok dla czegoś niewidzialnego, jakby szukała zrozumienia dla myśli, które płynęły przez jej głowę.
Odetchnęła głośno i powoli zeszła z łóżka. Na palcach wyszła z pokoju. Bardzo cichutko otworzyła drzwi sypialni jej rodziców. Czuła się, jakby miała 6 lat, a jej znów przyśnił się straszny smok mieszkający pod jej łóżkiem. Wtedy biegła do pokoju rodziców, gramoliła się na ich łóżko i wtulona w mamę zasypiała, wiedząc, że nic już jej nie grozi.
Usiadła na skraju łóżka. Spoglądała na ciemną postać leżącą w łóżku rodziców. Chris oddychał spokojnie, leżał na boku, trzymając jedną z dłoni na rogu poduszki. Bella uśmiechnęła się lekko. Uspokoiła się trochę, widząc, że wszystko jest w porządku. To tylko ona nie potrafiła spać, nadal jeszcze nie ochłonęła po całym dniu emocji.
Zerwała się z łóżka. Emocje. Przypomniała sobie świetny sposób na poskromienie tych uczuć, które wciąż przeraźliwie buzowały w jej organizmie. Otworzyła lekko okno, łokciami zawisła na parapecie i odpaliła papierosa, którego znalazła na nocnym stoliku obok łóżka Chrisa. Szary dym umykał z jej płuc. Widziała, jak wijące się pozostałości papierosa odpływają wraz ze świeżym, nocnym powietrzem Parmy.
-Musisz tu palić? - usłyszała nagle głos Chrisa. Musiał się przebudzić, kiedy otwierała okno. Usiadł na łóżku i przeciągnął się. Bella zaciągnęła się papierosem. - Czemu nie śpisz? - zapytał.
-Bo nie mogę. - odpowiedziała, wzruszając ramionami. Znów zawisła łokciami na parapecie i przyglądała się spokojnej ulicy. Słyszała, jak Chris wstaje z łóżka. Otworzył drugą połówkę okna i ręką zaczął wystukiwać jakiś rytm o drewnianą ramę.
-Nie możesz spać przeze mnie? - Bella uśmiechnęła się lekko.
-Przez wszystko, nie tylko przez Ciebie. - Chris wziął od niej papierosa i zaciągnął się nim. Potem zgasił go o jeden z metalowych zawiasów okna i wyrzucił na chodnik.
-Ale przyznaj, że najbardziej to moja wina. - nalegał.
-Twoją winą jest to, że znalazłam się tutaj. - wskoczyła na okno i zaczęła machać nogami w powietrzu. Chris zaśmiał się.
-Tak? - zapytał, spoglądając na nią podejrzanie. - A żałujesz, że namówiłem Cię na wyjazd do Parmy?
-Sama nie wiem, nie lubię tak naprawdę żałować... - uśmiechnęła się.
-A żałowałabyś, gdybym... - urwał w pół zdania. Bella zamrugała energicznie oczami, nie wiedziała co mu może chodzić.
-Gdybyś co? - zapytała. Chris uśmiechnął się i machnął ręką.
-Już nic. - złapał za kolejnego papierosa i odpalił go.
-Jeśli zacząłeś, to skończ. - zabrała mu tlącego się papierosa, zaciągnęła się nim i tak samo, jak on zgasiła go o metalowy zawias okna, po czym nadal naśladując Chrisa wyrzuciła resztki za okno na chodnik. Chłopak westchnął głośno.
-Jesteś tego pewna? Chcesz, żebym dokończył? - zapytał, nadal przyglądając się jej poważnie. Bała się co może powiedzieć, ale pokiwała twierdząco głową.
Przybliżył się do niej, odgarnął kilka ciemnych kosmyków jej włosów do tyłu i lekko dotknął jej ust. Poczuła, jak jej serce ze zdziwienia zaczyna bić coraz szybciej. Dziwne uczucie, takie bicie serca, jakiego jeszcze nigdy nie czuła. Delikatnie musnął jej dolną wargę i powoli oddalił się od niej.
-Tyle. - odpowiedział znów biorąc papierosa i znów odpalając go, tym razem trochę drżącymi rękami. Bella patrzyła na to, jak bierze do ust zwitek i jak się nim zaciąga. Patrzyła na niego zdziwiona, nie wiedząc, co ma zrobić. Próbowała coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Zeskoczyła z okna i mrucząc pod nosem, że jest już późno, wyszła z sypialni Chrisa nie do końca zamykając drzwi. Swój pokój także pozostawiła otwarty. Usiadła na swoim łóżku, okryła się kocem i znów popadła w stan osłupienia.
Jeszcze długi czas słyszała, jak Chris chodził po pokoju. A co do dziwnego kołatania w sercu, nie potrafiła go uspokoić w żaden znany jej spokój.

komentarze [3]

Pewna uliczka w Parmie 10 >> środa, 25 lipica 2007 14:31:10
Nie podoba mi się. Miało być trochę inaczej napisane.


Zarzekała się, że nic nie chce, kiedy po raz kolejny Lino znalazł się na dachu kamieniczki przy ulicy Świętego Franciszka numer 6. Potrzebowała samotności, potrzebowała ochłonąć, a wszyscy wkoło nie chcieli jej dać ani chwili spokoju, bojąc się o nią. Siedziała skulona, mocno oparta plecami o komin. Spoglądała w gwiazdy, czując, jak jej ruchy krępuje balowa suknia. Nie zdążyła się nawet przebrać. To było coś silniejszego od niej, musiała znaleźć się na dachu, musiała tam siedzieć i poczuć coś innego od okropnego strachu, obezwładniającego jej ciało.
Znów usłyszała, jak ktoś wchodzi na dach. Nie pytała kto to, nie chciała wiedzieć. Osoba usiadła po drugiej stronie komina, tak, że nawet nie widziała jej. Bella przymknęła oczy. Już nie płakała, tylko ostatki łez wysychały na jej policzkach.
-Dlaczego nie powiedzieliście mi wcześniej? - zapytała z wyrzutem. Osoba milczała, za to ona musiała jakoś wyrzucić z siebie całą złość, która nagle nagromadziła się w niej. - Dlaczego tak po prostu nie powiedzieliście mi o tym? Dlaczego Chris nigdy nie powiedział, że ma... że ma... - nie potrafiła tego wymówić. To było jak koszmar, który pojawiał się w jej prawdziwym życiu. Odetchnęła głośno. - Dlaczego Chris nigdy nie powiedział mi, że ma raka? - dokończyła, czując, że to jedno z najtrudniejszych dla niej pytań, jakie kiedykolwiek zadała w swoim życiu.
-Może dlatego, że nie chciał Cię martwić i tak miałaś już dużo problemów. - usłyszała znajomy głos. Szybko spojrzała na osobę siedzącą po przeciwnej stronie komina. Siedział tam Chris. Blady, z cieniem uśmiechu na twarzy. Trzymał w ręce paczkę papierosów. Podał ją Belli. - Chcesz? - zapytał, kiedy ona z niedowierzaniem spoglądała na niego.
-Co tu robisz? - wydukała, czując, jak łzy znów cisną się jej do oczu. - Powinieneś teraz być w szpitalu, powinieneś...
-...Nic mi nie jest. Już mi lepiej. - przerwał jej. - Naprawdę uwierz mi, że czuję się lepiej i nie umrę tak szybko, bo to powolna śmierć. - uśmiechnął się. Bella nadal patrzyła na niego z niedowierzaniem, bił od niego taki spokój, którego nigdy nie mogłaby sama okazać w takiej sytuacji. Rozpłakała się na dobre. Nie potrafiła znieść tego, o czym on mówił z taką łatwością. Poprzez łzy zapytała go, od jak dawna wie. Odpowiedział, że od pół roku i że zdążył się przyzwyczaić do tej myśli.
-Chris, mogłeś mi powiedzieć... - wymamrotała prze kolejny deszcz łez, łapiąc go za dłoń. Jego ręka była zimniejsza niż zwykle. Chłopak po raz kolejny uśmiechnął się i dalej mówił bardzo spokojnym tonem głosu.
-Podróż do Parmy, to jedna z moich ostatnich wycieczek, jestem tak szczęśliwy, że tu przyjechałem. Chciałem choć na jakiś czas zapomnieć. A martwienie Ciebie byłoby ostatnią rzeczą, na jaką chciałem Cię narazić.. - po dłuższej ciszy, dodał, wiedząc, że dziewczyna na pewno chce mu zadać to pytanie. - Fia i Lino wiedzieli.
Bella przełknęła kilka słonych łez. Nadal nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że dowiedziała się o wszystkim jako ostatnia. Nie mogła wybaczyć samej sobie braku jakiegokolwiek zainteresowania Chrisem, nie mogła wybaczyć sobie, że niczego nie zauważyła. Przecież to nie zwykłe przeziębienie, to coś poważnego. Niczego nie zauważyła w jego zachowaniu, w jego słowach. Nawet teraz, kiedy patrzyła w jego oczy nie widziała tam strachu, który pewnie ogarnąłby nie jednego w obliczu śmiertelnej choroby. Chris nadal był sobą. Nadal trochę zamyślony, trochę nieobecny, z papierosem w ręce. Bella często mówiła mu, że w takich momentach wygląda jak jeden wielki aparat. 'Tak jakbyś samym wzrokiem robił zdjęcia.' - powtarzała mu. - 'Przymykasz powieki i pstryk, kolejny obraz uwieczniasz całym sobą'. Nie potrafiła tego zrozumieć, jak on to robił. Zresztą w wielu kwestiach nie mogła go zrozumieć. Tak samo nie mieściło jej się w głowie, że można być tak spokojnym, kiedy wie się o tym, że ma się w swoim organizmie niebezpieczną, tykającą bardzo głośno i bardzo szybko, bombę.
-Chciałem Cię chronić, dlatego o niczym miałaś nie wiedzieć... - dodał po długiej ciszy. Bella uśmiechnęła się, po czym głosem pełnym ironii zapytała.
-Myślisz, że zatajanie i kłamanie, to dobry sposób na ochronę? - nie odpowiedział. Po raz kolejny zaciągnął się papierosem. - To przez nie, prawda? - zapytała, wskazując na mały, tlący się zwitek w rękach Chrisa. Szybko zgasił resztki o dachówkę i uśmiechając się lekko odpowiedział.
-To, co lubię, powoli mnie zabija. Dziwne, prawda?
-Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, nie rozumiem, jak to mogło się przydarzyć właśnie Tobie... - Bella spuściła głowę i nerwowo wygładziła fragment balowej sukni.
-Czasem tak bywa... - dziewczyna nie wytrzymała. Nie mogła słuchać tego spokoju w jego głosie, nie mogła patrzeć na to, jak pogodził się z własną chorobą. Zerwała się z miejsca i bez słowa znikła z dachu. Biegła po schodach w dół kamieniczki, przytrzymując fragment swojej sukni. Znów płakała, to było coś silniejszego od niej. Łzy były jedynym sposobem odreagowania i walczenia ze słabością. Bo ona dobrze wiedziała, że jest słaba i bezradna w tej sytuacji..
Wpadła do mieszkania. Trzasnęła drzwiami swojej sypialni i dopadła stary adapter, schowany pod jej łóżkiem. Włączyła jedną z płyt, którą w dzieciństwie słuchała w kółko. Zabrzmiała włoska piosenka, przerywana cichym tykaniem adaptera. Pamiętała bardzo dobrze słowa, które śpiewało dziecko w jej wieku. Kiedyś to był przebój, kiedyś, kiedy nie znało się tej piosenki, było się nikim w ich małym, dziecięcym świecie.
Bella cicho powtarzała słowa, jej usta szeptały włoskie wyrazy. Wyglądało to, jakby modliła się. Patrzyła gdzieś w dal, nerwowo stukając palcami o podłogę.
-'I że szczęście nas nie opuści'. - śpiewała razem z dzieckiem. - 'I że szczęście któregoś dnia stanie na moim progu, uśmiechem rozweselając mój los.'
Cicho skrzypiące drzwi wyrwały ją z tego dziwnego stanu. Odwróciła się. Na progu stał Lino. Bella powróciła do śpiewania piosenki, patrząc na niego. Czuła, jak mocno władają nią te słowa. Nie wiedziała, jak to możliwe, ale jej serce stawało się mocniejsze podczas tych kilku minut utworu. Miała siłę, żeby walczyć z przeciwnościami losu.
-'I że szczęście, i że szczęście nas nie opuści.' - zaśpiewała ostatni raz. Piosenka skończyła się, a płyta w adapterze nadal kręciła się. Lino wszedł do pokoju. Podszedł do Belli, usiadł obok niej i jeszcze raz nastawił piosenkę.
-Nie powinnaś mieć do nikogo pretensji, a tym bardziej do siebie. - mruknął, kiedy patrzyła na niego załzawionymi oczami.
-Dlaczego sądzisz, że mam do wszystkich pretensje?
-To widać. - odpowiedział, wzruszając ramionami, po czym wskazał adapter i kręcącą się w nim płytę. - A po za tym, zawsze słuchałaś tej piosenki, kiedy byłaś zła, albo smutna.
-'Że szczęście któregoś dnia stanie na moim progiem, uśmiechem rozweselając mój los.' - zaśpiewała cichutko, a jedna niesforna łza spłynęła po jej policzku. - 'Wtedy zaśpiewam mu, by przytulił mnie mocno, przekazał kawałek szczęścia, bo jako dziecko potrzebuje go, jak nikt inny'. - zaśpiewała dalsze słowa, wymownie patrząc na Lino. Uśmiechnął się lekko, po czym przytulił Bellę. Wtuliła się w niego najmocniej, jak tylko mogła...

komentarze [2]

Pewna uliczka w Parmie 9 >> wtorek, 10 lipica 2007 15:09:58
Długo nie było, bo długo nie mogłam nic napisać. Ale w końcu odblokowałam się. Jakie to miłe uczucie, kiedy znów ma sie tysiące pomysłów i zapał do pisania. Miłego czytania.



Było im zimno, ale nawet nie próbowali się ruszyć. Przesiedzieli tam całą noc i widzieli piękny wschód słońca. Pomarańczowo-złote promienie słońca pojawiały się pomiędzy budynkami, by zaraz załamać się na roletach oraz oknach, albo znów zniknąć za budynkami. Pierwsze promienia słońca bawiły się z nimi w chowanego. Bella uśmiechała się, jak wariatka. Do wstającego słońca, do Chrisa.
-Mogłabym tu zamieszkać. - mruknęła. Za żadne skarby nikt, żadną siłą, nie kazałby się jej stamtąd ruszyć. - Gdybym tylko mogła, zamieszkałabym tu na zawsze i codziennie podziwiała wschody i zachody słońce. Oczywiście nie zapomniałabym o pięknym błękitnym niebie i białych chmurkach oraz o złotych gwiazdach. - dodała szybko. Chris zaśmiał się cicho. Znów mówiła płynnie, szybko. Wypowiadała słowa po angielsku, a one i tak brzmiały, jak włoskie.
Oboje jednocześnie skryli swoje oczy przed mocnym słońcem, które po raz kolejny ukazało się zza kamieniczek. Pojawiało się, a za chwilę znikało, by znów za kilka chwil niespodziewanie pojawić się i wprowadzić na ich twarze uśmiechy.
-Też chciałbym tu zamieszkać, ale jeśli ty pierwsza kupiłabyś ten dach, no to niestety, mógłbym Cię tylko od czasu do czasu odwiedzać. - Chris oparł głowę o ramię Belli. Dziewczyna zachichotała.
-Popatrz ile wkoło dachów, na pewno któryś mógłbyś kupić. - wskazała na kamieniczki obok oraz na te z naprzeciwka. Chris mruknął, że to prawda, że z chęcią zakupiłby dach naprzeciwko Belli i codziennie wpadał do niej na kawę oraz papierosa.
Śmiali się, słysząc te niedorzeczne opowieści, opowiadane na zmianę przez siebie. Chociaż dobrze wiedzieli, że oboje są zdolni do niedorzecznych i dziwnych pomysłów..
Nagle usłyszeli samochód, jadący ulicą Świętego Franciszka. Auto zatrzymało się, a drzwi mocno strzeliły.
-Fia... - szepnęła Bella, spoglądając na Chrisa. Chłopak poruszył się nieznacznie, po czym uśmiechnął się. Kroki po chodniku rozbrzmiewały echem, niosąc się ku górze. Dokładnie słyszeli każdy jej pewny krok. Dziewczyna znów popatrzyła na Chrisa. Uśmiechnęła się lekko i powiedziała. - Idź do niej.
Chris szybko zniknął z dachu, zostawiając Bellę samą ze swoimi myślami. Teraz miała już lepszy humor. To przez ten dach, gwiazdy, a potem wstające słońce. Wszystko wokół niej miało taki nastrój, od którego aż kręciło się w głowie. Wszystko posiadało moc uzdrawiania, powodowało, że Bella nieustannie się uśmiechała, patrząc w niebo, na przesuwające się niezliczone ilości chmur.
Około godziny dwunastej popołudniu wróciła do mieszkania numer dwa. Udała się do swojego pokoju. Chciała kilka godzin przed balem poświęcić na wyciszenie się. Pobyt na dachu to był tylko początek jej naprawy nastroju. Potrzebowała jeszcze długiej, gorącej kąpieli i trochę dobrej muzyki. Może też i jakąś dobrą książkę, żeby potem z podniesioną głową wkroczyć do sali ratuszowej, w swojej pięknej balowej sukni.



Malowała się na szybkiego. W pośpiechu układała włosy. Zbyt długo czasu spędziła na relaksowaniu się. Wszyscy byli już gotowi, wszyscy czekali na nią w salonie, a ona dopiero rozpoczęła przygotowania do balu. Dosłownie w ciągu kilku chwil przygotowała się. Wyszła ze swojego pokoju. Udała się do salonu, w którym siedział Lino oraz Chris i Fia. Znudzonym wzrokiem spojrzeli w stronę drzwi, w których ukazała się Bella.
-Wyglądasz pięknie. - odezwała się Fia, uśmiechając się szeroko. Wstała wraz z Chrisem z kanapy. Trzymali się mocno za ręce.
Lino podszedł do Belli i ukłonił się lekko.
-Witam panią. - wymruczał zniżonym głosem po włosku. Pocałował Belladonnę w dłoń i uśmiechnął się. Patrzył jej w oczy z dziwnym błyskiem. Poczuła dziwny dreszcz na plecach. Szybko spuściła wzrok.
-Powinniśmy już jechać. - zawołała Fia, widząc dokładnie, jak coś pomiędzy jej bratem, a jej najlepszą przyjaciółką zaiskrzyło. Razem z Chrisem wyszli z mieszkania i udali się do samochodu. Bella zamknęła mieszkanie. Lino stał obok niej i czekał, aż klucz zazgrzyta w zamku.
-Mam coś dla Ciebie... - zaczął, kiedy schowała klucze do małej kopertowej torebki. Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona. Wyciągnął, z kieszeni marynarki, mały błyszczący łańcuszek, na którym zawieszona była niewielka, także błyszcząca kulka. Podszedł bliżej Belli i założył jej wisiorek na szyję.
-Tego brakowało do całości. - dodał. Dziewczyna podziękowała i powoli zeszła ze schodów. Czuła, dziwne zawirowania w głowie. Coś działo się z nią. Nie potrafiła sobie tego w żaden sposób wytłumaczyć.
Lino otworzył jej drzwi samochodu i wpuścił do środka. Potem usiadł koło niej. Jechali na tylnym siedzeniu. Fia wraz z chłopakami uczestniczyła w ożywionej rozmowie, na jakiś nieważny temat, a Bella siedziała obok, czując, jak cały świat jest gdzieś daleko. Co chwilę spoglądała w stronę Lino. Uśmiechał się lekko, a kiedy coś mówił, tak jak zawsze, przytrzymywał palce przy ustach, szukając odpowiednich słów do swojej wypowiedzi.
-Pamiętasz to miejsce, Bella! - zawołał, pokazując przez okno samochodu pewien budynek. Dziewczyna lekko pochyliła się do przodu, żeby dokładnie zobaczyć, o czym mówił Lino.
-Yhym. - mruknęła. Chłopak uśmiechnął się, widząc jej rozmarzony wzrok. Miała ochotę wytłumaczyć na głos, że jej stan jest spowodowany tylko i wyłącznie stresem przed balem.

Dojechali na miejsce. Przed ratuszem było pełno ludzi. Wszyscy ubrani w piękne, wieczorowe stroje. Wszyscy uśmiechali się do siebie nawzajem i powoli wchodzili do środka ratusza. Kiedy przyszła kolej na czwórkę przyjaciół, z niedowierzaniem ujrzeli odmienioną salę. Teraz wyglądała okazalej, teraz dopiero wiedzieli, że ich starania nie poszły na marne. Muzycy rozpoczęli grę, a ludzie rozmawiali nawzajem ze sobą. Sala aż promieniała od wrzawy, która tam zapanowała.
-Piękne. - odpowiedzieli równocześnie, kiedy Lino zapytał ich, co sądzą o tym miejscu. Byli zaczarowani całą tą atmosferą, która powstała wokół.
-Na dzisiejszy wieczór przewidziano aukcję charytatywną. Za niedługo powinna się zacząć, to dopiero będzie nuda. - Fia złapała kelnera, który roznosił trunki po sali. Wzięła cztery i rozdała każdemu, dalej mówiąc o balu. - Pieniądze z aukcji pójdą na ratowanie starych kamieniczek podobnych do tej, na ulicy Świętego Franciszka.
-Dokładnie. - zawtórował siostrze Lino. - Moja uczelnia, chciałaby się zająć renowacją tych miejsc. Co o tym sądzicie?
-Bardzo dobry pomysł. - Bella energicznie pokiwała głową. Czuła się trochę nieswojo. Wszyscy ludzie byli tacy eleganccy, tacy dystyngowani, a ona była po raz pierwszy na tak ważnym balu w swoim życiu. Widziała po minie Lino, że także czuje się nieswojo. Za to Fia oraz Chris byli w swoim żywiole. Co chwilę ktoś zaczepiał Fię i witał się z nią. Ona uśmiechała się szeroko, ucinała krótką pogawędkę, śmiejąc się co chwilę perliście. Pasowała tu idealnie, była taka poważna i wyniosła, jakby takie bale były dla niej codziennością.
Chris robił zdjęcia. Po jego minie wywnioskować można było, że wraz z nim, na jego ramieniu, poprzez salę podróżuje muza, która pomaga mu w jego pracy. Bella już dawno nie widziała tak zadowolonego Chrisa. Poczuła się trochę pewniej, kiedy flash jego aparatu nie ustawał, tak samo, jak jego pracowity wyraz twarzy połączony z uśmiechem.

Rozpoczęła się aukcja. Co raz to piękniejsze rzeczy wynoszone były na niewielkie podium, a ludzie zgromadzeni wokół wykrzykiwali horrendalne ceny. Bella stawała na palcach, próbując cokolwiek dojrzeć, próbując zobaczyć, kto jest tak hojny. Nagle nad swoim uchem usłyszała głos Lino.
-Sama nuda. - mruknął. Odwróciła się do niego i pokiwała twierdząco głową. - Może wyjdziemy stąd? - zapytał. Nie wiedziała, czy odczytał to w jej oczach, które aż krzyczały, żeby zabrał ją stamtąd, czy może po prostu sam chciał uciec z drętwego przyjęcia. Nie mówiąc ani słowa ruszyła ku wyjściu. Szybko znaleźli się na wielkim korytarzu ratusza. Dwie pary schodów prowadził w dół, ku wyjściu i do góry. Lino pociągnął Bellę za rękę do góry.
-Piętro wyżej jest kolejna sala. - odpowiedział, kiedy w jednej dłoni mocno trzymała jego dłoń, a w drugiej kurczowo ściskała fragment swojej sukni, tak, żeby nie potknąć się na marmurowych schodach.
Weszli na górę. Lino otworzył duże drzwi z ciemnego drewna. Ciemna sala, identyczna, jak ta niżej, ukazała się ich oczom. Pomimo tego, że miejsca były identyczne, ta miała w sobie coś innego, coś piękniejszego. Była pusta. Księżyc oświecał środek parkietu, a dźwięki gwaru z sali piętro niżej niosły się echem na górę. Było tam tak przyjemnie.
Bella podeszła do wielkiego okna i wyjrzała na panoramę miasta. Prawie cała Parma była już uśpiona, tylko pojedyncze światła w oknach rozjaśniały krajobraz. To pewnie były okna, w których siedziały wierne żony, czekając na swoich wiernych mężów, wracających późnymi nocami do domu. Uśmiechnęła się sama do siebie.
-O czym myślisz? - zapytał Lino. Dziewczyna wzruszyła ramionami.
-Zastanawiam się nad wszystkim. Tysiące myśli na minutę. - Bella objęła swoje ramiona rękami. - A najbardziej zastanawiam się nad swoim życiem... - dodała. Lino nie odezwał się ani słowem. Patrzył gdzieś w dal, za okno, czuł, że Belladonna chciałaby mu powiedzieć o kilku sprawach. - Kilka dni temu zapytałeś mnie, co musiało się wydarzyć, że nazywam Parmę moją oazą spokoju.... - mówiła powoli, jakby delektowała się każdym słowem. W czasie jej opowiadania piętro niżej muzyka znów zaczęła grać. - W Moraine przeżyłam ciężkie chwile. Żywiłam się sztucznym uczuciem, wierzyłam, że moja miłość potrafi zmienić człowieka, którego kochałam nad całe życie.
-Dlaczego 'kochałam'? - przerwał, przyglądając się jej uważnie. Bella uśmiechnęła się, pomimo dziwnego ciężaru w jej sercu.
-Kochałam, dopóki nie uderzył mnie pierwszy raz. - odpowiedziała i spojrzała w jego oczy. Spojrzała odważnie, bo teraz już nie musiała się bać, mogła mówić, mogła przestrzegać wszystkich wkoło przed takimi jak Will. Mogła być odważniejsza, bo miała już ten rozdział w swoim życiu za sobą. - Potem to już tylko żyłam nadzieją i okłamywałam się, że mnie kocha.
-A dlaczego przyjechałaś tu z Chrisem?
-Bo On był jedynym, który o tym wiedział. Nawet jeśli nie rozmawialiśmy o tym głośno, to zawsze mogłam na niego liczyć. To był jego pomysł, żeby wyjechać stamtąd, a ja zamarzyłam za powrotem tu, do Parmy.
-Dobrze, że wróciłaś. - Lino uśmiechnął się lekko i wyciągnął w stronę Belli dłoń. - Czy można prosić panią do tańca? - zapytał po włosku. Dziewczyna włożyła swoją rękę w jego i po chwili tańczyli na środku sali do dźwięków orkiestry z dołu. Dziwna, przyjemna cisza, która panowała pomiędzy nimi była miłym zjawiskiem. Bella nigdy nie doświadczyła takiej ciszy, w której potrafiłaby dowiedzieć się wszystkiego, tak naprawdę bez słów.
W końcu odezwał się Lino.
-Nieźle tańczysz. - stwierdził. Dziewczyna oparła głowę o jego ramię.
-Przez krótki czas chodziłam na kurs tańca. - odpowiedziała. - Ty też nieźle tańczysz. - dodała. Lino zaśmiał się.
-To za sprawą cioci Mercede. - Bella także roześmiała się.
-Nadal jej słuchasz?
-Nie mam innego wyjścia, wiesz, jaka potrafi być, kiedy jej się nie podporządkujesz. - oboje roześmiali się głośno. Oboje dokładnie pamiętali kilka sytuacji, kiedy to albo Fia, albo Lino próbowali nie posłuchać cioci i zrobić coś po swojemu. Najczęściej kończyło się tym, że ciocia Mercede krzyczała, czasem nawet dla postraszenia, rozbijała kilka talerzy, a rodzeństwo dostawało kary. Zakaz wychodzenia na dwór Fii oraz Lino był gorszy dla Belli niż deszczowe dni, kiedy nie było co robić. Byli nierozdzielni. Aż do czasu, kiedy rodzice postanowili wyjechać. Wtedy to oni pokazali jej, że ona i jej przyjaciele potrafią się rozłączyć, że potrafią tak na prawdę o sobie zapomnieć.
-Znów się zamyśliłaś. - przerwał jej wspomnienia w tańcu. Uśmiechnęła się lekko. Znów oparła głowę na jego ramieniu. Czuła się bezpiecznie. Było jej przyjemnie. Dźwięki muzyki, światło księżyca i ona pośrodku pustej sali wraz z Lino.
Coś ją podkusiło, jakby szepnęło do jej ucha. Nie mogła się powstrzymać, musiała powąchać jego szyję. Pachniała ładnie. Delikatnie dotknęła jego szyję swoimi ustami. Lino poruszył się lekko. Szybko oddaliła usta od jego skóry i znów wygodnie oparła głowę o jego ramię.
Muzyka przestała grać. Teraz do ich uszu dochodził tylko gwar głośnych rozmów. Włosi to dość głośny naród, bez problemów mogli zrozumieć słowa tych najgłośniejszych w towarzystwie. Z niechęcią oderwali się od siebie, dziwnie uciekając wzrokiem.
Nie zamierzali wracać na dół, dopóki nie usłyszeli głosu nadjeżdżającej karetki. Ucichła pod ratuszem. W jednej chwili wypadli z sali i zbiegli po schodach. Ludzie tłoczyli się przy wyjściu z ratusza. Kiedy przedarli się przez cały tłum karetka już odjeżdżała na sygnale. Przy drzwiach, stała zapłakana Fia z aparatem w ręku. Na widok Lino i Belli rozpłakała się jeszcze bardziej, po czym mocno przytuliła się do brata i wylewając łzy w jego ramię, wydukała.
-Chrisa zabrali do szpitala...
Bella poczuła, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa, a świat dziwnie wiruje wokół głowy. Nie pamiętała, jak znalazła się w samochodzie Fii, nie pamiętała, jak dojechała do szpitala. Wciąż słyszała tylko słowa przyjaciółki i świdrujący uszy dźwięk karetki...


komentarze [3]